Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść – rozmowa z Adamem Korolem

17 Wrz

Miniona niedziela była szczególnym dniem dla dwóch polskich mistrzów olimpijskich – Mateusz Kusznierewicz oraz Adam Korol oficjalnie zakończyli swoje kariery sportowe podczas Energa Gdańskiego Weekendu Mistrzów na Targu Rybnym. 

Wielkich mistrzów cechuje to, że potrafią rozstać się ze sportem wtedy, kiedy są na szczycie. Odchodzą jako herosi i niepokonani. O tym, że Kusznierewicz i Korol to ikony polskiego żeglarstwa i wioślarstwa, świadczy liczba kibiców, która pojawiła się na niedzielnej imprezie.

Główną atrakcją Weekendu Mistrzów były pokazowe wyścigi na wodzie. Po raz pierwszy od dziewięciu lat na łódce klasy Finn ścigał się mistrz olimpijski w tej konkurencji z 1996 roku Mateusz Kusznierewicz. Rywalizację wygrał jednak Piotr Kula, drugi był Kusznierewicz, trzeci Rafał Szukiel, a ostatni Dominik Życki. 

– Dla nas wszystkich była to znakomita okazja, aby ponownie poczuć smak rywalizacji. Poza tym mogliśmy oficjalnie podziękować trójmiejskiej publiczności za wiele lat wsparcia podczas olimpijskich startów. Cieszę się, że dopisała zarówno pogoda, jak i licznie zgromadzeni kibice. Zależało nam przede wszystkim na tym, aby zachęcać do aktywnego spędzania wolnego czasu
oraz popularyzować tak wspaniałe dyscypliny sportu, jakimi bez wątpienia są żeglarstwo i wioślarstwo – stwierdził Mateusz Kusznierewicz.

Z kolei Adam Korol zaprosił na imprezę swoich przyjaciół ze złotej czwórki podwójnej z Pekinu: Marka Kolbowicza, Konrada Wasielewskiego i Michała Jelińskiego. Kilka miesięcy temu złoty medalista z Pekinu opowiedział mi o swojej karierze i planach na przyszłość. Poniżej zapis tej rozmowy. 

 

Przemysław Deka: – Złoto na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, cztery złote medale Mistrzostw Świata – to tylko najważniejsze z pańskich osiągnięć. Czy to pozwala uznać się za spełnionego sportowca?
Adam Korol: – Jasne, że tak. Czuję się spełnionym sportowcem. Oprócz sukcesów, które wymieniłeś, byliśmy rekordzistami świata, zdobyliśmy tytuł Mistrzów Europy, a w 2006 roku zostaliśmy wybrani przez Międzynarodową Federację Wioślarską najlepszą osadą na świecie. W tej dyscyplinie sportu nie da się już nic więcej zrobić, więc uważam się za spełnionego zawodnika.

– Byliście nawet nazywani dominatorami. Czy zdobycie wszystkiego, co tylko można było, nie spowodowało problemów z motywacją do dalszych treningów? Po złocie w Pekinie już nic więcej nie można było osiągnąć.
– Myślę, że takich problemów nie było. Te sukcesy tylko nas nakręcały i motywowały, żeby za rok je powtórzyć. Oczywiście z roku na rok było coraz ciężej. Przez te osiem lat, kiedy wspólnie pływaliśmy, mieliśmy okres sześciu sezonów z rzędu, kiedy nie schodziliśmy z pierwszego miejsca na podium najważniejszych imprez. Historia naszej osady jest niesamowita, bo na świecie nie ma drugiej takiej, która w niezmienionym składzie wygrałaby w tylu istotnych zawodach. W sezonie poprzedzającym główną imprezę nie zawsze wygrywaliśmy. Jednak w najważniejszym momencie potrafiliśmy postawić kropkę nad i.

– Wasz największy sukces to z pewnością triumf na Olimpiadzie. Co czuje sportowiec, który właśnie minął linię mety i wie, że za kilka chwil na jego piersi pojawi się olimpijskie złoto?
– Takie chwile są trudne do opisania. To były moje czwarte Igrzyska, a na poprzednich do medalu zabrakło mi kilku setnych sekundy. Po przekroczeniu mety była zarówno wielka radość, jak i uczucie ulgi oraz spełnienia.

– Presja musiała być ogromna.
– Była straszna presja. Oczekiwania były wielkie. Trzy lata z rzędu wygrywaliśmy Mistrzostwa Świata, co dla wszystkich było jednoznaczne ze zwycięstwem na Olimpiadzie. Nie jest to takie oczywiste, bo każdy sezon i każde zawody są inne. Tak jak powiedziałeś, ten stres w 2008 roku był ogromny. Na szczęście sobie z tym poradziliśmy.

– Jak wyglądały ostatnie chwile przed finałowym wyścigiem w Pekinie?
– Ostatnie minuty przed startem są zawsze nerwowe. Szczególnie ostatnie dziesięć minut, kiedy sędzia każe już wpływać na tor, a później muszą jeszcze ustawić łódkę przy macie. Oczekiwanie na komendę startową to kolejne trzy – cztery minuty, które są najdłuższymi czterema minutami w życiu. Jednak już po samej komendzie stres znika. Liczy się to, co trenowaliśmy przez wiele lat. Wiosłujemy i dajemy z siebie wszystko.

– Była chwila zwątpienia? Ciężko pracowaliście, wygrywaliście wszystkie zawody, jednak zawsze pozostaje cień niepewności, że coś może pójść nie tak, jak powinno.
– Nie. Moim zdaniem nie było takiej chwili. Choć jak przyjechaliśmy do Pekinu na obóz aklimatyzacyjny trzy tygodnie przed startem, to niezbyt dobrze nam szło. Nie wiem czy przyczyną była zmiana klimatu, czy może nowa łódź, na której tylko trenowaliśmy przed zawodami. Było źle i trochę się załamaliśmy. Wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy pięć dni przed startem zaczęliśmy pływać po torze w samym Pekinie. Nasza łódka zaczęła fruwać.

– Kariera niesłychanie długa, jednak dobiegła już do końca. Co w pańskie życie wniósł sport? Bez niego byłby pan innym człowiekiem?
– Sport dał mi przede wszystkim rodzinę. Moja żona kiedyś trenowała i poznaliśmy się w klubie wioślarskim. To jest najważniejszy wkład sportu w moje życie. Oprócz tego dostarczył mi wiele radości. Podróżowałem po niemal całym świecie i poznałem mnóstwo ludzi. Nawiązały się przyjaźnie. Dzięki wioślarstwu skończyłem studia i jestem zatrudniony na Akademii Wychowania Fizycznego w Gdańsku. Sportowi zawdzięczam wszystko to co mam.

– Swoją przyszłość wiąże pan również ze sportem. Praca z młodzieżą to pomysł na siebie po zakończeniu kariery?
– Dokładnie. Powoli zaczynam realizować się w zupełnie nowym zadaniu. Chcę pracować z młodzieżą gimnazjalną i licealną. Pomagam dzieciakom m.in. ze Stogów i Przeróbki, które chodzą do ZSO nr 6. Mamy klasy wioślarskie, w których chcę wszczepić sportową pasję. Część uczniów się w to wciągnęła, ale oczywiście nie wszyscy. Powiem tak, w naszych czasach bardzo ciężko jest zainteresować dzieci sportem.

– Z czego to wynika?
– Obecnie dzieci mają wiele innych rozrywek i sport schodzi na dalszy plan. Ciężko nauczyć je systematyczności – nie tylko w wioślarstwie, ale w każdej dyscyplinie sportu. Niewiele się o tym mówi, ale systematyczność to podstawa, którą niestety najtrudniej wytrenować u tak młodych osób.

– Czy sport się trochę nie zatracił przez komercję i coraz większe pieniądze? Rywalizacja sportowa ma paradoksalnie coraz mniej wspólnego z duchem sportu.
– Zgadzam się z tym. Wioślarstwo nie jest jednak dyscypliną komercyjną i nam to nie grozi. Jesteśmy na etapie walki o jakiekolwiek grosze, żeby ten sport mógł jakoś funkcjonować. Nie możemy się porównywać z klubami siatkarskimi, koszykarskimi, czy wreszcie piłkarskimi, gdzie wydaje się ogromne pieniądze. Jest grupa pasjonatów – trenerów, którzy współpracują ze mną w gdańskim AZS-ie i dają z siebie wszystko za niewielkie pieniądze.

– Przykład Lance’a Armstronga tylko potwierdza regułę, że w sporcie jest coraz mniej zasad i ograniczeń?
– Nie do końca. Jego przykład jest dość odosobniony. Wszyscy sportowcy, którzy startują na Igrzyskach Olimpijskich czy Mistrzostwach Świata, są wielokrotnie badani. I nie ma zbyt wielu przypadków stosowania dopingu. To jest niewielki ułamek sportowców. Przez pryzmat jednego przypadku nie można uogólniać, że sport jest brudny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.