Why Polacy tolerują speak english w codziennym lajfie?

28 Maj

Język polski nigdy wcześniej nie był tak bardzo zagrożony jak teraz. W szumie „Kejsów”, „Targetów” oraz „Sorków” ciężko doszukać się czegoś więcej niż powodu do sarkazmu i zdumienia, jak do tego wszystkiego doszło?

W bajce Kung Fu Panda, gdy tytułowy bohater mówi „sorki tato”, troskliwy ojciec odpowiada, że z „sorków nie ulepi się klusek”. Coś w tym jest, że niektórzy zagranicznych wstawek słownych nie tolerują i ja również zaliczam się do tej grupy.

PIOSENKI

Polskie uwielbienie wulgaryzmów wydaje mi się ewenementem na skalę światową, a nasze lapidarne ku*wa powinno pojawiać się w każdej broszurze turystycznej i na każdym plakacie sławiącym nasz kraj. Myślę, że słowo to częściej używane przez polityków z pewnością polepszyłoby nasze stosunki międzynarodowe – wszak dajemy się dymać. Przeklina każdy i to dość często. Tymczasem w polskiej muzyce puszczanej w radio oraz w wypowiedziach telewizyjnych każdy wulgaryzm zastępuje „piiiiii”. Absurdem jest ostatnio cenzurowane słowa „dupa”! Tylko czekać, aż ktoś zacznie zamiast tego mówić: kajzerka pionowo nacięta. Mimo to, gdy słyszymy teksty ambitnych zagranicznych raperów w stylu „suck my dick to the river, couse I like to fuck you bitch up the ass!, yeah!, couse I love you!” – wszystko jest ok. Nie słychać pisków, zniekształceń słów. Cieszymy się, radośnie nucąc taki hit kochanej dziewczynie, która jest wniebowzięta, bo dla niej zaśpiewaliśmy. Same dziewczyny też z radością tańczą przy takiej muzyce na parkiecie. Nie zastanawiają się nad tekstem, liczy się beat i prosty refren. Gdy zaś słyszą angielski tekst piosenki o „super suce co ciało wygina przy dobrej nucie”, to mówią, że to ich nie dotyczy, i tańczą dalej. Czy godzimy się z tym, że wulgaryzmy w innych językach są poprawne politycznie, a w języku ojczystym już nie?! A może ktoś zaakceptował to za nas?

FIRMY

Plotka głosi, że firma niemająca w nazwie słów „office”, „tower”, „logistic”, lub „hakuna matata” nie osiągnie sukcesu i szybko upadnie. Tutaj jednak sam mam mieszane uczucia. Przeciętny polski klient zwykł uważać każdą krajową firmę za chłam – no bo czego spodziewać się po firmie Kłatex – układanie kostki brukowej(!). A więc firmy, w trosce o dobro marki, a właściwie o przychody i wydatki prezesa, ukrywają się za angielskimi szyldami. Czasami są to kwestie estetyczne i zamiast „Grzegorz Gówno i wspólnicy” można przeczytać „Gregory Shit and Associates” – brzmi lepiej? Niektóre polskie firmy brną w większy absurd, łącząc to samo słowo raz pisane po polsku, a raz po angielsku. Przykłady można by podawać przez klika godzin, jednak nie chcę tu przy okazji robić nikomu żadnej reklamy.

SZUKANIE PRACY

fot. facebook.com/JuniorBrandManager
fot. facebook.com/JuniorBrandManager

Wielu z nas na pewnym, wciąż powtarzającym się etapie życia, szuka pracy. Wystarczy otworzyć kilka ogłoszeń na popularnych portalach poświęconych pracy i już atakują nas: Business Development Manager, Account Manager, Junior Specialist in Capital Markets Operations, Junior IT Helpdesk Support, Software Build Engineer i mój ukochany – HaeR Dajrektor. Zastanawiam się, co będzie dalej? Może polska nazwa stanowiska „manager sprzedaży” stanie się z niemieckiego „verkaufen fuhrer” lub z czeskiego „obchodní řediťel”. Jedno jest pewne – język polski umiera! Zagrożenia pojawiają się z każdej strony, a ustawa o języku zamiast stać na straży ojczystej mowy, majta się bezwiednie jak stetryczałe przyrodzenie w wannie. Jeden z nadrzędnych celów ustawy – dbałość o poprawne używanie języka i doskonalenie sprawności językowej Polaków – nie jest spełniany i nie przeciwstawia się atakującej zewsząd amerykanizacji.

Podobno jeżeli wroga nie można pokonać, to trzeba się do niego przyłączyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.