„W tych płytach jest zamknięta moja młodość”. Rock’n’rollowe wspomnienia Romana Stinzinga (FOTO)

24 Sie

Jak w czasach PRL można było zdobyć singiel ‘Twist and Shout”? Jaką wartość mają oryginalne winyle Beatlesów? Jakie były początki trójmiejskiego bigbitu i gdzie w tym wszystkim  jest rola legendarnego sopockiego Non-Stopu? O tym wszystkim opowiedział nam Roman Stinzing, sopocki pisarz, autor kroniki pomorskiego rock’n’rolla „Motława Beat” i – przede wszystkim – kolekcjoner pamiątek po Beatlesach.

Romana Stinzinga spotkałem w gdańskiej Bibliotece Manhattan. Sopocianin pojawił się tam na zaproszenie fundacji Sopockie Korzenie, w związku z obchodami Gdańskiego Jubileuszu Beatlesów. Nieliczne niestety grono miłośników FabFour miało niepowtarzalną okazję zobaczyć niewielki ułamek ogromnej beatlesowskiej kolekcji, jaką zgromadził u siebie pan Roman: oryginalne brytyjskie wydania płyt, archiwalne czasopisma, a nawet kalendarz z czwórką z Liverpoolu. Po  spotkaniu udało się naszej redakcji porozmawiać z pisarzem i wysłuchać jego opowieści o beatlesowskiej pasji… i nie tylko.

O miłości do Beatlesów

Jako młody chłopak miałem starszego kolegę, który mieszkał nade mną i puszczał kawałki rock’n’rollowe. Kiedyś przyszedł do mnie i nastroił mi radio Mazur, nastawiając kreskę na Radio Luxemburg. Miałem je zaznaczone chyba lakierem do paznokci i zawsze wieczorem słuchałem. Kupowałem też pocztówki muzyczne, które kosztowały po 4-6 zł.

Do mojej babki Konstancji przyjeżdżali znajomi z Niemiec, którzy mieszkali wcześniej w Sopocie. Babcia pomogła im, kiedy wyjeżdżali w 1945 r. W 1964 r., w moje urodziny, przyjechali do niej, przywożąc ze sobą płytę „Twist and Shout”. Mam ją do dzisiaj, schowaną za szybą. To był moment zwrotny, kiedy zostałem zainfekowany tą muzyką.

Starałem się o płyty i słuchałem Radia Luxemburg, korzystając ze słowników angielskiego. Słyszałem, że wychodziły nowe nagrania i kombinowałem, jak je zdobyć. Wiedziałem przecież, że nie będą ciągle mi ich przesyłać. Zacząłem więc zbierać pieniądze na ich zakup. Kolega mojego ojca pływał wtedy na statku. Był to jeden z tzw. trapów, pływających z węglem z Gdyni albo Świnoujścia do Londynu lub Sztokholmu. On sam najczęściej pływał właśnie do Londynu – jeśli wypłynął w poniedziałek, w sobotę był już w domu. Kiedyś powiedział mi, że jeśli chcę, żeby przywiózł mi jakąś płytę, mam mu dać pieniądze. Musiałem więc zbierać dolary albo funty.

Raz na pół roku siostra babci przesyłała dla mnie pięć dolarów. Oprócz tego zbierałem, co tylko się dało, żeby odkupić dolary od znajomych. W drugiej połowie lat 60-tych na polskim rynku pojawiły się magnetofony Grundinga. Nie były drogie i można było brać je na raty, więc rodzice kupowali je swoim dzieciom. Przychodzili do mnie koledzy, prosząc o przegrywanie płyt. Mówiłem: „nie ma sprawy, ale za 20 zł”. Umawiałem się z nimi na sobotę. Przynosili 3-4 magnetofony, a ja podłączałem je wszystkie i nagrywałem jednocześnie płytę Beatlesów. Za jednym zamachem zarabiałem więc 80 zł, czyli tyle, ile mniej więcej kosztował jeden dolar.

Miałem też szczęście, że moje kuzynostwo – będące w podobnym wieku, jak ja – również interesowało się Beatlesami. Mój kuzyn był na koncercie we Francji, gdzie zdobył autografy. Do dzisiaj mam zdjęcie z tymi podpisami, wraz z certyfikatem, który dano mi w Londynie potwierdzając, że są oryginalne.

Nie ujawniałem swojej pasji do tej  muzyki ,bo mój ojciec był wojskowym. Bardzo mało osób wiedziało, że mam u siebie Beatlesów. Poza tym nie pamiętam, żebym ich płyty wynosił z domu. To był największy skarb, jaki posiadałem.

Największą radość mieliśmy ja i mój kolega Włodek ,kiedy jego ojciec, ten który pływał, przywiózł nam Sierżanta Pieprza. Było to tak, że płyta wyszła w Anglii 1-ego czerwca, a my kilka dni później mieliśmy ją już tutaj. Płyty były zapakowane w celofan. Pamiętam, jak je odpakowywaliśmy, całowaliśmy i wdychaliśmy zapach.

Później, raz na pół roku, do mojej babki przychodziły paczki od siostry, w których znajdowały się także płyty. Najczęściej były to longplaye. Zbierałem albumy do roku1975 r., kiedy się ożeniłem. Pamiętam, że kiedy przyszła do mnie moja żona, wtedy jeszcze przed ślubem, nie miała gdzie usiąść, bo wszędzie leżały płyty….

Pierwsza edycja „Please Please Me” w stanie dobrym jest obecnie warta od 2 tys zł. wzwyż. Wczesne płyty mają różne wartości: 150, 200, 300 funtów. Najczęściej chodzą w granicach 80-150 funtów, zależnie od stanu. Nigdy nie myślałem o tym, żeby to podsumować i wycenić. Po prostu cieszę się, że to mam. W tych płytach jest zamknięta moja młodość.

Roman Stinzig (fot. Marta Domańska)
Roman Stinzig (fot. Marta Domańska)

O początkach trójmiejskiego rock’n’rolla

Pierwsze symptomy rock’n’rolla w Polsce pojawiały się na występach orkiestr, ale były to tylko pojedyncze utwory. Pod koniec lat 50-tych w Gdyni funkcjonował też klub jazzowy Piccolo. Znajdował się na skrzyżowaniu Władysława IV i Świętojańskiej. Tam zbierała się cała śmietanka fanów rock’n’rolla, m.in. Krzysztof Komeda, który przyjeżdżał z Poznania.

W 1958 roku Franciszek Walicki chciał stworzyć w Polsce zespół rock’n’rollowy. Zorganizował więc Przegląd Młodych Talentów.Przegląd wygrał duet Jerzego Koseli i Wojciecha Zielińskiego. Obydwaj chodzili do tej samej klasy w gdyńskim liceum, siedzieli w jednej ławce. Walicki nie powołał jednak zespołu na bazie tego przeglądu.

W klubie oficerskim na Oksywiu funkcjonował wtedy zespół marynarzy, którzy grali na dancingu. Nazywali się Hawaiian Combo. W  tym składzie  Walicki stworzył zespół Rythm and Blues. Grupa istniała do października 1959 roku, w sumie 7 miesięcy. Została rozwiązana z przyczyn politycznych, zakazano jej koncertów.

Następnie Franciszek Walicki znowu zaczął tworzyć zespół, tym razem złożony z muzyków, którzy grali w klubie Piccolo. Robił to przy udziale Jurka Koseli, wtedy jeszcze ucznia liceum. Kosela znalazł się w tym składzie, ale zrezygnował bo zdawał maturę. Na jego miejsce wszedł Wiesiek Bernolak. Muzycy przenieśli się do starego Żaka i od czerwono-czarnych barw klubu przyjęli nazwę Czerwono-Czarni. Ich pierwszym opiekunem artystycznym był Jacek Federowicz. Zespół ruszył w trasę, koncertując po całej Polsce.

Roman Stinzing (fot. Marta Domańska)
Roman Stinzing (fot. Marta Domańska)

O sopockim Non-Stopie

W 1961 roku otworzono w Sopocie pierwszy Non-Stop, którego gospodarzami byli właśnie Czerwono-Czarni. Wówczas każdy, wakacyjny sezon miał swojego gospodarza. Kiedy grupa przeniosła się na estradę szczecińską, Walicki z Koselą stworzyli następny zespół. Niebiesko-Czarni, bo tak zostali nazwani,rezydowali tam w latach 1962-63. Potem tę funkcję pełniły kolejno: Pięciolinie (1964), Czerwone Gitary (1965-66) i Polanie (1967).

Mieszkałem w Sopocie i jako chłopak chodziłem tam pod płot i słuchałem. Bilety były za drogie, jak na 12-latka. W dni powszednie kosztowały 15 zł, a w sobotę, kiedy grały dwa zespoły, 20 zł. W każdym mieście – Gdyni, Gdańsku i Sopocie – były wtedy kluby muzyczne. Oprócz tego funkcjonowała jeszcze hala Stoczni Gdańskiej, która była miejscem koncertów z wyższej półki. Występowali tam m.in. The Animals czy Helen Shapiro.

W połowie lat 70-tych wieczory w Non-Stopie wyglądały tak: w pierwszej części występował zespół, a potem odbywała się dyskoteka. Walicki jest ojcem chrzestnym polskiego rock’n’rolla, ale też jego grabarzem, bo właśnie poprzez dyskoteki pochował rock’n’roll w swoim prawdziwym brzmieniu…

2 Replies to “„W tych płytach jest zamknięta moja młodość”. Rock’n’rollowe wspomnienia Romana Stinzinga (FOTO)

  1. Panie Romanie , Klub Piccolo nie mógł znajdować się na skrzyżowaniu ulic Świętojańskiej i Władysława IV ponieważ te dwie ulice są równoległe, a jak pamiętamy że szkoły – równoległe się nie przecinają. Piccolo było przy Świętojańskiej, róg obecnej Zygmuntowskiej. Był to fragment lokalu zwanego „okrąglakiem” plus salka klubowa. Całość była nazywana „Stylowa”, a potem „Grand Cafe”. Tam też odbywały się próby i występy grupy Rhythm & Blues – czasem też w sali kina/klubu Mar. Woj. „Grom” na Oksywiu gdzie pracował w wojsku kmdr Franciszek Walicki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.