Rzeź ludności Woli podczas Powstania Warszawskiego

5 Sie

Moja Babcia w chwili wybuchu Powstania Warszawskiego miała 36 lat, była młodą kobietą i dlatego nazywać ją będę Karoliną, tak bowiem miała na imię. Była rodowitą warszawianką i mieszkanką Woli. Nigdy nie zastanawiała się, czy powstanie powinno było wybuchnąć, bo niemal od początku okupacji wszyscy warszawiacy wiedzieli, że powstanie będzie.

Gdy więc powstanie wreszcie wybuchło, wśród warszawiaków zapanował entuzjazm. Z 1 na 2 sierpnia powstańcy wznieśli barykadę u zbiegu ulic Wolskiej i Młynarskiej. W budowie pomagali wszyscy. Niestety, entuzjazm i euforia mieszkańców szybko zaczęły opadać. Brakowało jedzenia, później także wody i leków. Przybywało chorych i rannych. Pierwsze zaczęły umierać dzieci – niemowlęta i te małe, kilkuletnie – oraz ludzie starzy, chorzy i ranni. Domy i mieszkania nie były bezpieczne. Hitlerowska 6. Flota Powietrzna bombardowała z góry, ulice atakowane były przez utworzoną do zadań specjalnych niemiecką grupę uderzeniową. Życie cywilne ludności przeniosło się do piwnic. Właśnie w piwnicy, na kolanach swojej 22-letniej matki (siostrzenicy Karoliny, z którą razem się wychowywały) zmarł synek, Januszek. Miał około dwóch lat, podobno nie chorował, ale był dzieckiem delikatnym, które każdy wybuch wprawiał w stan lękowy. Dziecko pochowano na podwórzu, na którym każdego dnia przybywało coraz więcej grobów. Już było wiadomo, że Sowieci stojący na prawym brzegu Wisły nie pomogą, zrzuty aliantów, także były niewystarczające. Brakowało amunicji i powstańcy zaczynali się cofać. Niemcy, przeciwnie, ze zmasowaną siłą rozpoczęli w pierwszych dniach sierpnia zakrojony na szeroką skalę atak na zachodnie przedmieścia Warszawy.

Rozkazy Himmlera o zrównaniu z ziemią polskiej stolicy i zabiciu jej niepokornych mieszkańców brali Niemcy dosłownie. Jak pisze Norman Davies: „Niemcy skupili się na masakrowaniu każdego mężczyzny, każdej kobiety i każdego dziecka…Nie oszczędzano nikogo – nawet sióstr zakonnych, pielęgniarek, leżących w szpitalu pacjentów, lekarzy i dzieci. Szacunkowe liczby ofiar rzezi na Woli wahają się od 20 tysięcy do 50 tysięcy osób”. Ludność mordowano w domach, w których mieszkała, rozstrzeliwując mężczyzn, kobiety i dzieci z broni maszynowej lub obrzucając granatami. Natychmiast po dokonaniu mordu domy podpalano za pomocą płynów lub specjalnego białego proszku. 5 sierpnia, w drugiej połowie dnia, zastosowano bardziej zorganizowane formy eksterminacji ludności Woli. Zaprzestano dokonywania małych egzekucji, w poszczególnych domach. Ludność spędzano na place fabryczne, parki, cmentarze, tereny przykościelne lub dziedzińce większych kamienic. Rozstrzeliwano całe grupy, a każda następna wchodziła na ciała uprzednio pomordowanych. W ten sposób powstały ogromne zwały ciał, niekiedy do wysokości 2 m i szerokości 15-20 m. I tak to przebiegało, systematycznie i z niemiecką precyzją: dom za domem, ulica za ulicą. Gdy zamordowano około 100 mieszkańców domu przy Młynarskiej 15/17, wszyscy spod nr 14 zdawali sobie sprawę, że nadeszła ich kolej. Tak więc kiedy koło południa 9 sierpnia na podwórze domu nr 14 przy ulicy Młynarskiej weszli Niemcy, krzycząc: „Raus, Raus” i strzelając w okna, Karolina i jej sąsiedzi opuszczali mieszkania i piwnice domu wiedząc, że idą na śmierć. Dlatego wyszli tak, jak stali, nie zabierając żadnych podręcznych bagaży, choć każdy przecież miał przygotowane najpotrzebniejsze rzeczy, na wypadek konieczności nagłej ucieczki. Karolina zagarnęła bliżej siebie swoje dwie starsze córki (9 i 7 lat), a tę najmłodszą (moją Mamę – 1 rok i 4 miesiące) otuliła narzutą, zdjętą w ostatniej chwili z łóżka. Stanęli wszyscy na podwórzu, w kolumnie formowanej przez krzyczących i szturchających Niemców i ich gorliwych pomocników: Ukraińców wraz z Kałmukami. Ci wypatrywali w tłumie młodych, ładnych dziewcząt. Babcia pamiętała, że jakaś kobieta wyszła w szlafroku, inna od swojej sąsiadki dostała garnek zupy, więc stanęła z tym garnkiem, aż ktoś kazał jej go postawić. Teść Karoliny – starszy już wówczas człowiek, raniony zabłąkaną kulą nie mógł chodzić, więc powiedzieli mu „z Bogiem” i wyszli, ale Jej mąż (mój Dziadek), znający język niemiecki zorientował się, że jeden z hitlerowskich żołnierzy, nieszczególnie gorliwie krzyczał „prędko, prędko”, więc ośmielił się zapytać cicho, czy może zabrać swego starszego, chorego ojca? Niemiec (zapewne Ślązak) skinął głową i pokazał ręką „do środka kolumny”. Dziadek wrócił więc, wyniósł swego ojca i położył na wypatrzonym wózku węglarskim, który nie wiadomo czemu, stał akurat na podwórzu. Zrobił to w ostatniej chwili, gdyż już na podwórze wchodziła ekipa niemieckich żołnierzy z miotaczami ognia, którymi tak jak wcześniej podpalali sąsiedztwo – tak teraz mieli zniszczyć dom nr 14.

Kolumnę prowadzono nie wiadomo gdzie, popędzając kolbami i krzykiem. Może przed czołgi, jako ochronę przed powstańcami? – niepokoili się idący. Pochód mieszkańców ulicy Młynarskiej mijał po drodze opuszczoną przez powstańców barykadę. Posadzono na niej (kto to zrobił i dlaczego?) niewidomą kobietę. Mieszkańcy ul. Młynarskiej znali ją z widzenia. Chodziła sprawnie, torując sobie drogę laską wśród poruszających się chodnikiem ludzi. Znana była z tego, że tą laską złośliwie uderzała po nogach wszystkich, którzy przed nią nie ustępowali. Bały się jej wszystkie dzieci. Dostrzegły ją na barykadzie jej kilkuletnie córki. Wokół, na chodnikach, leżeli zabici i nadpaleni ludzie. Pełno było porzuconych walizek, futer, a nawet rozsypanych pieniędzy. Nagle z gruzów wybiegła młoda dziewczyna, prosząc, aby mogła położyć na wózku swego bardzo chorego ojca. Obiecywała, błagając, że sama pociągnie ten węglarski wózek, na którym oprócz teścia Karoliny przysiadła starsza kobieta, z bardzo spuchniętymi nogami i jakaś ciągle mdlejąca dziewczyna. Tłum ludzi skierowano w stronę kościoła św. Wojciecha przy ulicy Wolskiej. Tam ustawiono wszystkich pod murem. Nadzieja, która podczas wędrówki zaczynała kiełkować w sercu, zgasła. Pod murem Niemcy zawsze rozstrzeliwują. Będą rozstrzeliwać! Stali więc, pod tym murem kościelnym. Dopiero wieczorem, ku zaskoczeniu wszystkich, pozwolono im wejść do środka. Kościół św. Wojciecha był świątynią bardzo bliską Karolinie. Brała tu ślub w 1930 r., a potem chrzciła kolejne dzieci. Teraz okazał się miejscem odpoczynku. Zaraz też ludzie zaczęli się organizować, ktoś znalazł puszkę, w której było trochę wody (a woda była wówczas na wagę złota). Rozebrano resztki jakiejś ławki i rozpalono nikłe ognisko, na którym usiłowano zagotować trochę wody dla płaczących z głodu małych dzieci. Okazało się, że najstarsza z córek Karoliny, która we wrześniu miała rozpocząć naukę w III oddziale Szkoły Podstawowej i często przymierzała swój tornister z książkami, w jakimś genialnym odruchu, przed opuszczeniem mieszkania na Młynarskiej, wyjęła książki i napełniła tornister kostkami cukru. Ten cukier, być może, uratował moją niespełna półtoraroczną Mamę i kilkoro innych, równie małych i głodnych dzieci.

Następnego dnia warszawiacy grupami przewożeni byli do Durchgangslager 121, czyli obozu przejściowego w Pruszkowie. Tam czekała ich selekcja. Dzielono rodziny, zabierano ojców, braci, siostry, jednych kierując na przymusowe roboty w Rzeszy, innych do obozów koncentracyjnych, a jeszcze innych rozwożąc na przymusowe stancje u okolicznych gospodarzy. Tam właśnie Karolina widziała po raz ostatni swego starszego o 3 lata brata, Władysława. Z Pruszkowa wywieziono go do obozu koncentracyjnego, gdzie zginął. Karolina z rodziną trafiła do Grzymkowic, koło Białej Rawskiej, ale to jest już zupełnie inna historia.

Jadąc do obozu w Pruszkowie Karolina widziała po raz ostatni swoją Warszawę. Miasto płonęło. Pozostały ruiny i zgliszcza, ale to było Jej miasto. Po wojnie zamieszkała w Gdańsku, który jest moim miastem, a w domu mojej kochanej Babci spędziłem wiele szczęśliwych godzin dzieciństwa. Przeżyła tu 52 lata, ale ciągle tęskniła i wspominała swoją Warszawę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.