Sopot Jazz Festival na najwyższym światowym poziomie

7 Paź

Sopot Jazz Festival to jedna z najstarszych imprez tego gatunku w Polsce. Organizatorzy zaprosili do współpracy prawdziwe perły z całego świata, dzięki czemu miniony weekend stał się prawdziwym świętem muzyki jazzowej dla licznie przybyłej publiczności.

Cały festiwal rozpoczął koncert Tigran’a. Wraz z zespołem zaprezentował swój najnowszy projekt pt. Shadow Theater, który w sierpniu tego roku ukazał się na krążku i trafił do sprzedaży.
Tigran Hamasyan to 26 letni ormiański pianista. Pomimo swojego młodego wieku ma już sporo sukcesów na swoim koncie. Jest laureatem i zdobywcą wielu prestiżowych nagród. W 2006 roku zdobył między innymi pierwsze miejsce na Thelonious Monk International Jazz Piano Competition. W komisji zasiadał wówczas sam Herbie Hancock, który występ Tigrana skomentował: „A-may-zing! Now, Tigran, you are my teacher”. Słowa te rewelacyjnie opisują premierowy koncert zespołu w Operze Leśnej. Ponieważ płyta wydana została bardzo niedawno, muzycy po raz pierwszy wykonywali utwory na żywo właśnie dla Trójmiejskiej publiczności. Sprawiło to, że występ stał się jeszcze bardziej ekscytujący zarówno dla odbiorców jak i dla samych artystów.

Jazz jako gatunek muzyczny, to tylko abstrakcyjne założenie spajające cały występ. Ortodoksyjni fani jazzu musieli przeżyć prawdziwy szok. Syntezatory, masa efektów, przestery, samplery i do tego oczywiście tradycyjne instrumenty. Shadow Theater to bardzo eksperymentalny i niezwykle świeży projekt. Tigran z znakomitą zręcznością podchodzi do fortepianu przy niesamowicie głębokim poczuciu kompozycji. W swobodny, płynny, wyjątkowo prosty i przyjemny dla ucha sposób, przechodzi od muzyki klasycznej, przez jazz nawet do heavy metalu, czy czystej awangardy!
Dzięki wokalom Areni Agbabian, obdarzonej niezwykłym głosem, którym operuje po szerokiej skali, występ nabrał także charakteru orientalnego. Koncert otwierający cały festiwal było zaskakująco doskonały!

Drugi dzień festiwalu odbył się w kultowym SPATIFie. Franz Hautzunger przy pomocy trąbki i elektronicznie zapętlonych dźwięków wprowadził słuchaczy w pewnego rodzaju trans muzyki eksperymentalnej. Fale dźwięku rozchodzące się spokojnie po całej przestrzeni klubu raz po raz przerywane były ostrymi dźwiękami instrumentu wybudzającymi słuchacza z pewnego rodzaju stanu onirycznego. Nieprzerwana gra austriackiego muzyka zdawała się opowiadać jakąś historię do której każdy mógł dopisać własny scenariusz. Dzięki temu kompozycja mogła stać się tłem do osobistych przeżyć w głowach słuchaczy i pratekstem do rozbudzenia własnej wyobraźni.
Ten spokojny i hipnotyzujący nastrój przerwali pojawiający się na scenie Jean-Paul Bourelly, Sadiq Bey i Kenny Martin czyli Citizen X. Zmieniając atmosferę o 180 stopni. Rozpalili widownię, która żywo zareagowała na występ.

Mało kto, może pozwolić sobie na muzyczne eksperymenty wykraczające poza jakąkolwiek konwencję muzyczną w sposób umiejętny. Jean-Paul Bourelly należy do tych artystów dla których nie ma żadnych ograniczeń a wolność w pojmowaniu i graniu muzyki znajduje odzwierciedlenie w jego twórczości. Nie bez przyczyny mówi się o nim, że to „jeden z największych gitarzystów naszych czasów”. Nikt tak jak on nie potrafi łączyć stylów muzycznych czego popis dał w miniony czwartek.
Wraz z Citizen X pokazali w jak niezwykły sposób można przeplatać organiczny krzyk z melorecytacją włączając do tego genialne solówkami gitarowe . Usłyszeć i zobaczyć artystów na żywo to było zdecydowanie coś! Trio prezentuje się na scenie nietuzinkowo, ciekawie tworząc niepowtarzalny obrazek warty zapamiętania. Ci, którzy mieli okazję być na koncercie, z pewnością zapamiętają go na długo.

Organizatorzy festiwalu rokrocznie zadają sobie pytanie, czy eksperymentalny charakter grania jazzu przyciągnie publiczność. Sądząc po frekwencji obawy te są raczej zbędne, bo klub drugiego dnia festiwalu pękał w szwach. Warto może natomiast na przyszłość pomyśleć o innej przestrzeni na koncert. Pomimo, że Spatif niezaprzeczalnie tworzy jedyny i niepowtarzalny klimat, którego najprawdopodobniej nie jest w stanie odtworzyć żadne inne miejsce w Sopocie. To dźwięki zza baru, dzwonek do drzwi, rozmowy mniej lub bardziej zainteresowanych koncertem słuchaczy i zwyczajny knajpiany gwar niestety zakłócają odbiór koncertu.

Konsekwentnie zbliżając się coraz bliżej morza od Opery Leśnej przez Spatif trzeciego dnia koncert odbył się w przestrzeni Sali Kryształowej w Zatoce Sztuki nad samym brzegiem Bałtyku.
Tym razem publiczności zaprezentowało się trio w składzie Nelson Veras – gitara klasyczna, Jozef Domoulin – klawisze, oraz Stephane Galland – perkusja. Panowie rozpoczęli koncert bardzo spokojnie rozwijając stopniowo swoje kompozycje z biegiem czasu. Niewyczuwalne metrum i dźwięki pozbawione spójnej harmonii tworzyły swego rodzaju muzyczną kakofonię w tajemniczy sposób zgrywając się w sensowną całość. Pomimo, że projekt ten narodził się z inicjatywy gitarzysty, to jego instrument wcale tam nie dominuje. Wydaje się, że Brazylijczyk pozostawił reszcie muzyków wiele wolności w kompozycjach, gdzie do głosu dochodzi każdy z nich sprawiając, że koncert tworzył zwarty i ciekawy zestaw propozycji muzycznych.

Na zakończenie wieczoru na scenie pojawiła się Ingrid Jansen, jako jedyny (a szkoda) akcent kobiecy całego festiwalu, wraz z triem Michała Tokaja.

Muzycy w tym składzie zagrali utwory premierowe zaaranżowane specjalnie na Sopot Jazz Festival. Tak jak dnia poprzedniego pierwszy koncert wprowadził słuchaczy w spokojny klimat jazzowych kompozycji, natomiast jego następcy rozgrzali i pobudzili widownię. Trębaczka Ingrid Jansen, nie tylko fantastycznie zabrzmiała w towarzystwie polskich muzyków, ale także zaprezentowała się na scenie w sposób szczególnie uroczy i kobiecy.

Trąbka uznawana jest powszechnie za instrument stricte męski, tak jak większość instrumentów dętych blaszanych. Tego wieczoru natomiast, z całą pewnością nikt z publiczności nie miał wątpliwości, że instrument znajduje się w nieodpowiednich rękach. Wręcz przeciwnie. Wyglądał i brzmiał wyjątkowo pięknie.

Czwartego dnia festiwal rozpoczął Ralph Towner, który zastąpił, zapowiedzianego wcześniej, Triloka Gurtu. Pomimo tej zamiany solowy koncert artysty okazał się być jednym z najciekawszych podczas festiwalu. Występując solo niełatwo zainteresować wymagającego widza. Towerowi natomiast, udało się to znakomicie. Jego gra na gitarze zaczarowała publiczność. Artysta z lekkością operował tematami bluesowymi, klasycznymi, czy nawet folkowymi daleko wybiegając poza granice jazzu.

Jako kolejni na scenie pojawili się Gary Thomas ze swoim Exile’s Gate. Wkroczyli mocnym i zdecydowanym dźwiękiem. Kwartet pozostawił sobie dużo przestrzeni na popisy solowe atakujące niemalże agresywnym dźwiękiem słuchaczy nie pozostawiając miejsca na nudę i monotonię.
Cztery dni wieczorów jazzowych na najwyższym, światowym poziomie przebiegły pod znakiem eksperymentu i poszukiwań muzycznych. Wychodzenia poza wszelkie szablony i udawadniania, że jazz nadal jest żywy i może zachwycać jak każdy inny gatunek muzyczny.

Frekwencja dopisała każdego dnia. Pojawiło się bardzo dużo młodych ludzi, ale także wielu stałych bywalców trójmiejskich koncertów. Bilety wysprzedane w komplecie z pewnością cieszą organizatorów i utwierdzają, że Sopot Jazz Festival to inicjatywa warta świeczki i rzeczywiście tak jest.

One Reply to “Sopot Jazz Festival na najwyższym światowym poziomie”

  1. Pat Haley – I’ve always felt that joy is an inner virute, a gift from God. Joy shines through these children eyes. If we could only look at the world, hopeful and graceful, like these children can everything would be alright.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.