Uwalnianie trenerów

22 Lis

Na dyplomowanych trenerów sportowych padł blady strach, kiedy na początku tego roku Ministerstwo Sprawiedliwości, wśród 50 „uwalnianych” od barier administracyjnych zawodów, uwzględniło także ich środowisko.

Mimo, że ostateczny projekt tak zwanej ustawy deregulacyjnej zmienił się tylko odrobinę – wymóg niekaralności kandydatów na trenerów i instruktorów rozszerza o przestępstwa na tle seksualnym i związane z korupcją w sporcie – sami zainteresowani wydają się pogodzeni z koniecznością przełknięcia gorzkiej pigułki.

Nowe przepisy przeszły w Sejmie „pierwsze czytanie” i wszystko wskazuje na to, że nic nie stanie na przeszkodzie do ich uchwalenia i wejścia w życie. Wywracają do góry nogami ustalony porządek rzeczy i w ogóle funkcjonowanie środowiska trenerskiego.

Po pierwsze: znika podział na I, II i mistrzowską klasę trenerską. Mało tego! Zamiast wyższego wykształcenia można będzie się legitymować zaledwie średnim. Co prawda projektowana ustawa wspomina też o „posiadaniu wiedzy w zakresie działalności instruktorskiej lub trenerskiej”, ale nie będzie ona w żaden sposób weryfikowana.

na_rekach

Zapis o niesprawdzalnych formalnie kwalifikacjach budził i budzi do tej pory największe emocje. Na przykład Centralna Rada Trenerów Polskiego Związku Lekkiej Atletyki uważa je za katastrofalne dla dyscypliny. W liście, skierowanym do decydentów z premierem, Donaldem Tuskiem na czele, czytamy m.in. : „(…) trening w wielu dyscyplinach sportowych, niesie w sobie zagrożenie zdrowia lub życia w przypadku błędów popełnianych podczas zajęć szkoleniowych (np. zajęcia z akrobatyki, gimnastyki, sportów walki, podnoszenia ciężarów, pływania, lekkiej atletyki, narciarstwa, żeglarstwa itd.) Także brak przygotowania pedagogicznego i psychologicznego grozi poważnymi konsekwencjami w wychowaniu i kształtowaniu młodego człowieka”.

Do tej pory kandydat na instruktora sportu musiał zaliczyć co najmniej 250-godzinny kurs specjalistyczny z przedmiotami kierunkowymi, takimi jak: anatomia, fizjologia, biochemia, pedagogika, psychologia, teoria treningu sportowego czy fizjologia wysiłku. Z kolei uczestnik kursu trenerskiego, trwającego 400 godzin, miał za zadanie przyswoić sobie podstawy prawidłowego żywienia czy odnowy biologicznej.

W obu przypadkach wiedzę weryfikowaly egzaminy. W myśl nowych regulacji egzaminy znikają.

– Staramy się namówić resort sprawiedliwości do zachowania wymogu ukończenia studiów; przyszli trenerzy muszą znać podstawy biochemii, anatomii czy fizjologii, choćby ze względu na dobro dzieci, które trafiają pod ich skrzydła. Trudno będzie przeforsować ten zapis, ale nie składamy broni. Jednak co do zasady, że trzeba deregulować – jesteśmy zgodni – mówi mistrz olimpijski w gimnastyce sportowej z 2008 roku, Leszek Blanik, obecnie poseł, członek Komisji Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki.

Jerzy Smolarek, dyrektor Sopockiego Klubu Lekkoatletycznego, a niegdyś zawodnik i trener skoku o tyczce, także dostrzega zagrożenia, jakie mogą przynieść nowe przepisy, ale ich nie demonizuje.

– Znam wielu trenerów, którym do tego, by osiągnąć status „wybitnego” nie potrzeba było dyplomu wyższej uczelni. Na przykład Walenty Wejman, wychowawca kolejnych pokoleń świetnych tyczkarzy z Władysławem Kozakiewiczem na czele. Jeśli system licencji, wydawanych przez związki sportowe, będzie działał dobrze, to nie powinno to wpłynąć negatywnie na jakość szkolenia – przekonuje Smolarek.

Właśnie na związki sportowe przeniesiony zostaje ciężar odpowiedzialności za jakość kształcenia trenerów i instruktorów. Każdy będzie ustanawiał własny, we własnym zakresie określał wymagania wobec kandydatów. W uzasadnieniu do projektu ustawy deregulacyjnej ministerialni urzędnicy powołują się na przykład UEFA i PZPN, które wykształciły system licencji trenerskich. To samo ma się stać udziałem pozostałych dyscyplin sportu i powinno, według pomysłodawców, dostosować szkolenie do oczekiwań pracodawców.

– W Polskim Związku Lekkiej Atletyki jeszcze nie ma pomysłu, jak zareagować na zmiany. Tryby u nas mielą powoli, ale dyskusja na temat nowego systemu kształcenia trenerów prędzej czy później będzie musiała się rozpocząć – mówi Marek Fostiak, prezes Pomorskiego Okręgowego Związku Lekiej Atletyki.

Zdaniem szefa resortu, Jarosława Gowina, który zainicjował deregulacyjną burzę, tak jak 49 innych „uwalnianych” zawodów, obecne przepisy dotyczące trenerów w sporcie ograniczają konkurencję i utrudniają dostęp do tych fachów.

Zgoda ministra sportu na prowadzenie specjalistycznego kursu trenerskiego nie będzie już potrzebna. A więc hulaj dusza, piekła nie ma? Niekoniecznie. Oprócz przerzucenia odpowiedzialności na związki sportowe, przed wszelkiej maści samozwańczymi trenerami ma chronić obowiązkowe ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej.

Na rezultaty „uwalniania” rynku w sporcie od, jak to ujmuje na swojej stronie internetowej resort sprawiedliwości „barier administracyjnych”, przyjdzie jeszcze trochę poczekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.