Między Gandalfem a Tottim – byłem na Masters!

21 Lis

Kolejny dzień to w końcu TEN dzień. Dzień, na który czekałem długo. O godzinie 13:45 londyńskiego czasu, na kort miał bowiem wyjść Serb Janko Tipsarevic, by skrzyżować rakietę z pewnym Szwajcarem…

…człowiekiem – dla którego wybrałem się do Londynu. Jeszcze tylko krótki mecz deblowy i już za chwileczkę, już za momencik spełnią się marzenia. Rzeczywistość jednak przeszła najśmielsze oczekiwania.

Pełen emocji sięgających zenitu, pojechałem metrem do hali O2 już z samego rana, na kilka godzin przed planowanym rozpoczęciem gier. Musiałem być pewny, że nic się nie wydarzy i zdążę na czas. Tym razem, pomny doświadczeń poprzedniego dnia, ubrany lekko jak do sauny, zasiadłem na pustych jeszcze trybunach hali, zwanej również Areną Północnego Greenwich.

Byłem mile zaskoczony, gdy 5 minut po moim przyjściu, na 30-minutową sesję treningową, na kort wyszedł sam Roger Federer. Uśmiechnięty, zrelaksowany odbijał piłeczkę ze swoim trenerem. W międzyczasie pojawiło się już kilkuset fanów i łowców autografów, mających nadzieję na spotkanie ze swym idolem. Ja jednak pamiętałem jak poprzedniego dnia, po swojej sesji treningowej, Andy Murray kompletnie zignorował swoich brytyjskich fanów i szybko udał się do szatni. Dlatego teraz stałem poza tłumem, w spokoju obserwując rozgrzewkę Rogera. Jakież było moje zaskoczenie, gdy ten cierpliwie i spokojnie podszedł do fanów i zaczął rozdawać autografy. Zdając sobie sprawę, że taka okazja może się już nie powtórzyć, szybko ruszyłem przez tłum, żeby spróbować dotrzeć jak najbliżej.
federer_2

To, co nastąpiło później, nie stanowi może jakiegoś wielkiego powodu do dumy, ale cóż… cel uświęca środki. Nie było łatwo. Gdy wydawało się, że jestem tuż obok, okazało się, że tenisista jest już w innym miejscu i właśnie kończy podpisywać autografy. Zaczął niebezpiecznie zbliżać się do wyjścia do szatni. Teraz albo nigdy! – zebrałem wszystkie siły i wymachując czapeczką z logo RF, desperacko krzyknąłem ile sił : „Proszę Roger jeszcze ja, dziś są moje urodziny”. Ku mojemu zaskoczeniu, mój wielki idol odwrócił się, uśmiechnął i podejrzliwie zapytał: „Naprawdę?”. Odpowiedziałem: „Tak naprawdę! Przyjechałem specjalnie z Polski, żeby zobaczyć na żywo jak grasz”. Gdy usłyszałem „Happy Birthday”, poczułem się prawdopodobnie jak prezydent Kennedy, któremu te słowa wyśpiewała kiedyś Marylin Monroe. Do tego Roger wziął czapkę ze swoimi inicjałami, podpisał się, uścisnął moją dłoń i na koniec rzucił: „Enjoy the game”. Lepszego prezentu nie mogłem sobie wymarzyć. Rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. Dodam tylko, że swój mecz Roger zakończył w nieco ponad godzinę, demolując Serba 6:3 6:1, prezentując przy tym pełny repertuar swojej maestrii.

Pobyt w Londynie, mimo że nie pierwszy, oceniam jako niezwykle udany: spotkałem swojego idola, obejrzałem kilka niezłych spotkań singlowych i deblowych – spełniłem chłopięce marzenia. Bogatszy we wspomnienia wróciłem do Sopotu. Teraz nawet nasza piękna i imponująca dotychczas Ergo Arena, wydaje mi się niczym szkolna salka gimnastyczna, w porównaniu do tlenowej (O2) areny

Wrażeń zostało wiele. Poza spotkaniem z moim idolem, na trybunach widziałem wiele sław ze świata sportu i nie tylko; między innymi wielcy aktorzy – Kevin Spacey czy Sir Ian McKellen, czyli Gandalf Szary lub, jak kto woli, Gandalf Biały. Miałem również przyjemność oglądać jeden z pojedynków, siedząc tuż za Ronnie O’Sullivanem – wielokrotnym mistrzem świata w innej dyscyplinie, którą lubię i cenię, czyli w snookera. Innego dnia natknąłem się na słynnego piłkarza włoskiej Romy – jej największy symbol Francesco Tottiego. Towarzystwo miałem doborowe.

Niebawem trzecia odsłona „londyńskich refleksji”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.