Maszyny kontra artyści – byłem na Masters!

23 Lis

Półfinały i finał Masters obejrzałem już w domu przed telewizorem. Wnioski smutne. I wcale nie dlatego, że Roger przegrał niezwykle zacięty i emocjonujący finał z Novakiem Djokoviciem. Wnioski ogólne, dotyczące kondycji całej dyscypliny są pesymistyczne.

Tenis zmierza bowiem w złym kierunku. Dzisiejsi zawodnicy to niemal roboty, zaprogramowane na jak najdłuższe przebijanie piłki. Tylko co to ma wspólnego z pięknem sportu? Wychowany na takich graczach jak Edberg, Becker, Sampras, Agassi, Ivanisevic czy Rafter, przywykłem do stylu ofensywnego, atrakcyjnego dla widzów, pełnego wypraw do siatki i efektownych wolejów. Ostatnim przedstawicielem tej szkoły był Roger Federer. Specjalnie używam czasu przeszłego bo i on musiał ograniczyć swoje wypady do siatki, bo w starciach z mistrzami defensywy pokroju Rafy Nadala czy Djokovicia, taka gra nie ma sensu. Oni są bowiem w stanie zagrać minięcie z każdego końca kortu, nawet zepchnięci do głębokiej obrony.

Smutny jest dzisiejszy tenis; jednostajny, mało różnorodny, zwyczajnie…nudny. Gdy stają naprzeciwko siebie wspomniani Nadal i Djokovic, to potrafią przez niemal 7 godzin przebijać piłkę na drugą stronę kortu, dobiegać do każdego uderzenia rywala. Tak wyglądał ich tegoroczny finał Australian Open. Identyczny był finał US Open, w którym Murray pokonał Djokovicia. Starcie dwóch maszyn, mogących do upadłego biegać i nieefektownie przebijać piłkę. Tylko czy o to naprawdę chodzi? Tenis to ma być finezja, piękno, bajeczna technika a nie pojedynki nadludzi, którzy, co prawda, nie odczuwają zmęczenia, ale i nie wiedzą za bardzo, co to radość z gry i talent. Niestety, takich ludzi jak Tomas Berdych, czyli dwumetrowców, silnych jak tur, których każde zagranie przypomina wbijanie gwoździ, ja oglądać nie chcę. Może jakąś nadzieją na lepsze jutro jest nasz Jerzy Janowicz? Gabarytowo przypomina co prawda, panów Del Potro czy Berdycha, jednak gra tenis urozmaicony, pełen zaskakujących kombinacji i efektownych skrótów. Widać, że myśli na korcie, że chce wygrać punkt sam, a nie czekać tylko na błąd przeciwnika.

Trzymam kciuki za naszego „Jerzyka”, bo po odejściu na sportową emeryturę Rogera Federera, może być jedynym zawodnikiem grającym ładny dla oka, niekonwencjonalny tenis. W przeciwnym razie grozi nam sytuacja, w której Chińczycy lub jakikolwiek inny zaawansowany technologicznie czy farmakologicznie naród, „wyhoduje” sobie tenisistę będącego udoskonaloną wersją Nadala, Djokovicia czy Murraya. Wtedy mecze będą trwały po 10 godzin (zadowolone będą telewizje, bo będzie dużo przerw reklamowych), każda wymiana będzie się składała ze 100 odbić a zawodnicy będą biegać od linii końcowej do linii końcowej, przy siatce pojawiając się jedynie po zakończeniu spotkania, w celu podania ręki przeciwnikowi. Oby ten czarny scenariusz nigdy się nie sprawdził, oby prędzej narodził się kolejny Agassi czy Federer. Niestety wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tenis stanie się bardziej grą dla takich perfekcyjnie wytrenowanych i zaprogramowanych „maszyn”, niż dla utalentowanych „artystów”. Przykre i oby okazało się tylko pesymistycznym marudzeniem 30-latka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.