Król Roger na urodziny – byłem na Masters!

19 Lis

Wszyscy lubimy spełniać swoje marzenia. Kiedy zatem pojawiła się sposobność wyjazdu do Londynu na turniej Barclays ATP World Tour Finals, byłem zachwycony. Tenisem pasjonuję się od dziecka. Dokładnie od dnia, kiedy jako kilkulatek zobaczyłem w telewizji fragment pojedynku Ivan Lendl – Boris Becker na „świętej” trawie Wimbledonu, który oglądał mój Ojciec.

Jest to jedno z pierwszych wspomnień z dzieciństwa, tak istotne, że wtedy zaczęła się moja wielka miłość – miłość do tenisa.
Pojawili się pierwsi idole – nienaganny technicznie, elegancki i finezyjny na korcie, pięknie grający Stefan Edberg; brutalnie silny, zacięty i niezwykle ambitny, fruwający po korcie Boris Becker, nieco później wspaniały, cudowny i wielki mistrz z Las Vegas – Andre Agassi oraz chorwacka maszynka do asów serwisowych Goran Ivanisevic – bohaterowie z dzieciństwa, wzory do naśladowania podczas wielu godzin i dni, spędzanych na „graniu ze ścianą”.

fot. Wojciech Kukuła
fot. Wojciech Kukuła

Ortodoksyjni fani dyscypliny pewnie są teraz oburzeni i pytają: co z Petem Samprasem? Jak można nie wspomnieć tak wybitnego zawodnika? Otóż kochani, jako fan Agassiego za „Pistol Petem” nigdy, mówiąc delikatnie, nie przepadałem. Nie można było kibicować im obu, trzeba było wybrać jednego. Tak, jak nie można było być jednocześnie fanem Chicago Bulls i Utah Jazz, czyli Jordana i Malone’a; tak, jak nie można kibicować w równym stopniu Realowi Madryt i Barcelonie. Prawdziwy kibic rozumie o czym mówię. W związku z tym, Samprasa nauczyłem się cenić dopiero wtedy, gdy zakończył karierę, a ja już jako dojrzały fan tenisa, obiektywnie stwierdziłem, że Pete Sampras wielkim tenisistą był i tej wersji będę się trzymał!

Tak się zdarzyło, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ze sceny schodził jeden wielki mistrz, na horyzoncie pojawił się kolejny, jeszcze wspanialszy. Zmiana pokoleniowa była iście symboliczna i dokonała się podczas Wimbledonu w 2001 roku. Wtedy na kort wyszedł Sampras – 7-krotny zwycięzca i absolutny król londyńskiej trawy. Po drugiej stronie siatki stanął nieznany wówczas szerszej publiczności, utalentowany nastolatek z Bazylei. Zobaczyłem go po raz pierwszy i… „zakochałem się” od pierwszego wejrzenia (w sensie sportowym, oczywiście ). Wówczas narodził się mój największy idol i wzór, jako sportowiec i jako przykład konsekwencji w dążeniu do celu. A cel jego był jasny.

Nastolatek nazywał się Roger Federer, pokonał wtedy po 5-setowym boju ustępującego mistrza, a świat po raz pierwszy przekonał się o jego geniuszu. Mijały lata, Roger wygrywał, a ja starałem się nie przegapić żadnego jego meczu. Nerwy, emocje, obgryzione paznokcie i nieprzespane noce podczas turniejów w Australii czy USA, były czymś normalnym. Pozostawał tylko pewien niedosyt. Mianowicie – ekran telewizora i wygodny fotel w domu, nigdy nie zastąpią prawdziwych emocji i przyjemności z oglądania tenisa na żywo, na trybunach. To zresztą dotyczy każdej dyscypliny sportu.
Roger Federer 2

Swoje największe marzenie postanowiłem spełnić w tym roku, mówiąc sobie, że teraz albo nigdy – kariera Rogera pomału zmierza ku końcowi i mógł to być ostatni dzwonek, żeby zobaczyć wielkiego mistrza na żywo. Zrobiłem sobie zatem prezent na 30 urodziny i zakupiłem online bilety na turniej Masters, z udziałem 8 najlepszych zawodników sezonu, odbywający się w londyńskiej O2 Arenie.

Radość ogromna, żałowałem jedynie, że nie zagra kontuzjowany Rafa Nadal … ale trudno, przecież liczy się i tak tylko On – Roger. Mecze panów Murraya, Berdycha czy Del Potro pominę milczeniem ponieważ nie chcę urazić ich fanów (są tacy w ogóle?). Zresztą o tym później. Wystarczy dodać, że podczas owych spotkań, najbardziej w pamięci zapisał mi się niemożliwy upał panujący w hali O2. Rozumiem, że zawodnicy muszą grać w odpowiedniej temperaturze, ale naprawdę można było puścić w trybuny jakiś nawiew, z pewnością ułatwiłoby oddychanie i pozwoliło czerpać większą przyjemność z oglądania wielkiego tenisa. Chociaż … nie dam głowy, czy pojedynek Murray – Berdych cokolwiek było w stanie uatrakcyjnić. Równie dobrze można pójść do pierwszego, lepszego lasu i emocjonować się drwalami ścinającymi drzewa. Podobny poziom techniki i finezji.

Ciąg dalszy tenisowych refleksji z Londynu – niebawem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.