Dyktatura kolektywu

16 Lis

Siedzę sobie przed telewizorem z naiwną nadzieją, że tym razem wreszcie musi być lepiej, musi nastąpić przełom, że piłkarska reprezentacja Polski, czyli wybrańcy – jak by nie patrzeć – 40-milionowego narodu – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczną grać jak z nut.

Zawsze jednak mój niewytłumaczalny, irracjonalny optymizm, błogi nastrój, jeszcze przed pierwszym gwizdkiem arbitra, ktoś postanawia zburzyć. Komentator w studiu, trener, tzw. ekspert, sam piłkarz – zawsze ktoś wypowiada magiczne zaklęcie: „kolektyw”, „ważne, żebyśmy stworzyli kolektyw”, „tylko grając kolektywnie, osiągniemy sukces”. Kiedyś, słysząc podobne brednie dostawałem białej gorączki albo nóż mi się w kieszeni otwierał.

Teraz reaguję spokojniej. Na tyle, że ogarnia mnie jedynie pusty śmiech.

Jaki „kolektyw”, na miły Bóg? Z kolektywami skończyliśmy wraz z upadkiem żelaznej kurtyny. Mimo to, wciąż tkwią w umysłach ludzi, związanych ze środowiskiem piłkarskim. Głęboko zakorzenione, nie dające się wyplenić. Zakorzenione przez co? Trenerów, wychowanych na nie zmienianym przez dziesiątki lat programie studiów na AWF-ach? Piłkarskie szkolenie, w którym dobro drużyny przedkłada się nad indywidualne umiejętności techniczne zawodnika? Nie wiem… Wiem za to, że wszyscy zewsząd gadkę o „kolektywie” powtarzają jak mantrę.

Czy to się komuś podoba czy nie – osobiście fatalnie mi się ten termin kojarzy i nic tego nie zmieni. Nawet jeśli futbolowi eksperci mówiąc o „kolektywnej” grze, myślą o definicji przytoczonej przez Władysława Kopalińskiego (kolektyw – zespół ludzi, związanych wspólnymi dążeniami, działalnością, pracą), to powinni zdawać sobie sprawę, jak mocno komuna ten termin skompromitowała.

Ale to nie główny powód dla którego na dźwięk słowa „kolektyw”, tracę stoicki spokój. Różnicę na boisku robią indywidualności, jednostki, nie poddające się schematom taktycznym, nie wprzęgnięte w ich tryby, obdarzone przez szkoleniowców sporą swobodą, a co za tym idzie kreatywnością, one rozstrzygają o wyniku. Biorą odpowiedzialność, ciężar gry na swoje barki. One są solą futbolu, dla nich publika wali na stadiony drzwiami i oknami. Nie dla żadnego zdehumanizowanego, bezkształtnego kolektywu. Litości!
Czcza paplanina o „kolektywności” ten ciężar odpowiedzialności zdejmuje, rozmywa. Wygodne to, ale jałowe, bo nie przynosi sukcesu. Nie pamiętam, żeby którykolwiek z europejskich, uznanych trenerów ględził o kolektywie. Może nawet o nim nie słyszał? Jeśli tak, to pewnie z pożytkiem dla własnego warsztatu szkoleniowego.

Jest w nim za to miejsce na takie pojęcie jak team spirit – ducha zespołowości, którego wypracowuje się nie tylko umiejętnościami piłkarskimi. Także atmosferą na treningach, jakością relacji między zawodnikami i na linii szkoleniowiec – piłkarze. Team spirit to coś biegunowo odmiennego od obrzydliwej, odpychającej kolektywności. Może zamiast bajdurzyć o kolektywie – zacząć stawiać na osobowości z charyzmą, indywidualności, które swoim wyszkoleniem technicznym i autorytetem pomogą zbudować team spirit właśnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.