Moto-marzenie PRL-u

15 Lis

W schyłkowym czasie PRL liczba samochodów na drogach rosła szybko, choć wciąż było ich niewiele. Wśród wehikułów znajdowały się głównie auta mniej lub bardziej przechodzone. Społeczeństwo zaczynało już wybrzydzać.

Uznaniem cieszyły się wszystkie auta zachodnie, skody 105 i 120, łady w wersji fińskiej, a później polonezy i fiaty. Rumuńskie dacie były popularne w środowisku zbliżonym do zmotoryzowanej biedoty. Ja miałem inne priorytety. Marzyłem o starej skodzie 1101 Tudor. Auta te były produkowane zaraz po wojnie jako zmodernizowana wersja Populara z lat 30. Miały konstrukcję drewniano –metalową i odlotowy , archaiczny wygląd z płaską szybą przednią , wystającymi błotnikami i mikroskopijną szybą tylną. Akurat otrzymałem stypendium naukowe, a ponieważ miałem jeszcze trochę oszczędności z pracy w wytwórni soków w bratniej Czechosłowacji, zacząłem się rozglądać za taką maszyną. I znalazłem. Auto od lat stało w Sopocie. Stało najwyraźniej tak długo, że zdążyło przed nim wyrosnąć drzewo. Za skodą zaś stała jakaś szopa.

Samochód miał spłowiały i pokryty patyną czasu lakier. Dziur zbyt dużo w karoserii nie było. Kiedyś budowało się auta z zupełnie innej blachy niż dziś. Z właścicielem pojazdu szybko się dogadałem. Był to miły starszy pan, który wyartykułował pewne wątpliwości, gdy wyjaśniłem mu, że zamierzam tym pojazdem odjechać. Całe szczęście, że choć od lat nią nie jeździł, to dbał o koła. Archaiczne, cieniutkie opony były napompowane… Przy pomocy Grzesia, kumpla z roku, który pochodził ze wsi, dorabiał sobie gdzieś na polu i niekiedy przychodził na wykłady w gumofilcach, ścięliśmy drzewo blokujące wyjazd. Akcji przyglądało się jeszcze kilka osób koleżeństwa z mojego rocznika. Później nalaliśmy wody do chłodnicy, wsadziliśmy i podłączyliśmy stary, kompletnie rozładowany akumulator. Pozostało już tylko nalać paręnaście litrów kartkowej benzyny do znajdującego się tuż nad silnikiem zbiornika i wytoczyć auto na drogę. Próby odpalenia za pomocą fabrycznej korby się nie powiodły. Ponieważ jednak droga prowadziła z górki usiadłem za kierownicą (luzy były mniej więcej na pół obrotu), a koleżeństwo nadało wstępny ruch pojazdowi.

Miałem przed sobą jakieś 400 metrów z górki. Gdy osiągnąłem stosowną prędkość, włączyłem stacyjkę i wrzuciłem bieg. Coś zaczęło rzęzić, auto zatrzęsło się, silnik zakasłał i… zdechł. Ale po chwili ożył. I żył już pełnią życia! W kontekście tego wydarzenia sprawą mało istotną stał się wykryty podczas krótkiej jazdy brak hamulców. Hamować można przecież silnikiem…Obrót kierownicą i radosna jazda pod górę. Układ sterowania pojazdem był nietypowy. Auto miało bowiem sześć pedałów. Trzy normalne – sprzęgło, hamulec, gaz, a do tego jeszcze: zmiana świateł-długie, krótkie, włącznik rozrusznika i jeszcze pedał specjalny, służący do smarowania przedniego zawieszenia podczas jazdy. Należało go energicznie naciskać co kilka kilometrów. Na miejscu okazało się, że silnik się przegrzewa. Z dwóch przyczyn. Chłodnica cieknie i pękł sparciały pasek klinowy od wentylatora.

Pierwszą sprawę rozwiązała musztarda sarepska. Obficie wprowadzona do chłodnicy zatkała swoją konsystencją dziury. Z paskiem problem rozwiązaliśmy jeszcze szybciej. Zastąpiły go pończochy obecnej z nami koleżanki – dziś cenionego prawnika. Ruszyliśmy więc w trasę tak, by sprawdzić prędkość maksymalną pojazdu. W tym celu wjechaliśmy na trójmiejską obwodnicę. Dałem gaz do dechy i 32-konny (w momencie opuszczenia fabryki) silnik zaczął pokazywać, na co go stać. Przy sześćdziesiątce trzęsły się już wszystkie szyby, sześćdziesiąt pięć – trzęsło się już całe auto. Siedemdziesiąt – koleżanka bez pończoch zaczęła piszczeć – z tapicerki zaczęło bowiem wyłazić robactwo. Bała się, że przejdzie na nią. Potem było trochę z górki i na wibrującej tablicy rozdzielczej, w huku silnika , smrodzie palonego sprzęgła i dostających się do wnętrza spalin, pojawiła się magiczna liczba – 70. I to był właściwie koniec pomiarów. Gwałtowny trzask i jakaś siła wciągnęła szybkościomierz do środka. Zniknął gdzieś w czeluściach komory silnika. By uczcić sprawę zakupu podjechaliśmy więc do znanej mordowni niedaleko Uniwersytetu. Uzgodniliśmy, że jedyna w naszym towarzystwie dama nie będzie pić i odwiezie nas do akademika. Trochę stawiała opór, że prawko ma dopiero od tygodnia, ale w końcu dała się przekonać.

Do piwa trzeba było w tamtych czasach zamawiać zakąskę. Takie były przepisy. Szefowa knajpy, a zarazem kelnerka i barmanka – pani Basia, znała nas jednak dobrze i szła na rękę. Na cztery osoby wystarczyła więc jedna galaretka. Stała już od dawna w tzw. ladzie chłodniczej, z wbitym aluminiowym szpikulcem z ceną. Na stole pojawiło się więc piwo i galaretka, której nikt z nas nie miał najmniejszego zamiaru tknąć. Przy kolejnej kolejce zaproponowaliśmy pani Basi, by zabrała galaretkę, bo stojąc na stole do reszty się zepsuje. Talerzyk trafił z powrotem do lady chłodniczej, by po chwili wylądować na stole w drugim końcu sali. Naszą uwagę zwróciła żywa dyskusja w okolicy klozetu. Dwaj osobnicy namawiali trzeciego, mocno już nietrzeźwego, do zakupu spodni kręplinowych z wytłaczanym wzorem kwiatowym. Taka garderoba od lat była mocno niemodna, ale koleś dał się przekonać. Przymiarka wykazała jednak, że spodnie są dla niego za krótkie i za szerokie. Wcześniej musiał je nosić jakiś tłusty kurdupel. Sprzedający nie dali za wygraną. Na naszych oczach zachęcili zainteresowanego kupnem, weszli do klozetu – namoczyli spodnie wodą i zaczęli je rozciągać. Przy otwartych drzwiach! Kolejna i przymiarka, i kolejny niedosyt. Operacja została powtórzona i spodnie sięgały gościowi już do kostek. To wystarczyło. Zapłacił więc, wypił pięćdziesiątkę wódki i sobie poszedł, obwiązawszy się wcześniej swoimi poprzednimi spodniami wokół szyi.i Czas już było opuścić lokal. Wsiedliśmy więc do auta i ruszyliśmy.
Przed skrzyżowaniem zapaliło się czerwone światło. Trzeba było się zatrzymać. Koleżance prowadzącej pojazd jednak coś się pomyliło. Wpadła w panikę, bo wpierw nie mogła znaleźć żadnego pedału, a później zamiast hamować zaczęła intensywnie smarować przednie zawieszenie. Dzięki mojej szybkiej reakcji zamiast pod ciężarówkę wjechaliśmy na trawnik.

Parę dni później, wobec kupna samochodu, postanowiłem sprzedać motocykl. Była to stara jawa . Nie tak stara jak moja skoda z 1947 roku, ale jednak. Kupnem była zainteresowana inna koleżanka, która zawsze chciała mieć motocykl. Jawa była w swoim czasie motocyklem luksusowym. To przekładało się na fabryczny montaż amperomierza. Wskaźnik ładowania akumulatora umieszczony był na baku, a przewody poprowadzone były w jego wnętrzu. Koleżanka zasięgnęła opinii o takim rozwiązaniu i dowiedziała się, że takie urządzenie ze sparciałymi kablami bywa przyczyną pożarów, a nawet eksplozji baku z benzyną podczas jazdy. Zrezygnowała i nie dała się przekonać nawet moim argumentom, że załatwię jej jakieś azbestowe majtki od strażaków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.