Miejsca, których już nie ma…

9 Cze

Pamiętam te czasy, gdy spokojnie można było zaczaić się przy „Cottonie” w Gdańsku (w okolicach „Mariackiego”) i wypić jedno piwko (lub trochę więcej) ze znajomymi. Spotykaliśmy się tam regularnie i jak przystało na małolatów, gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Każdy chciał kiedyś zawojować świat. Niestety, nie wiem jak potoczyły się losy większości znajomych z ostatniej dekady, gdyż nasze drogi rozeszły się dawno temu.

Miałem okazję trochę w życiu imprezować. Ponieważ nie dostawałem za często pieniędzy od rodziców, musiałem sobie radzić sam. Grałem na gitarze – raczej gorzej niż lepiej – mimo to postanowiłem „czaić się” na ul. Mariackiej, by grać starego, polskiego rocka. Niestety, jako gówniarz niewiele wiedziałem o rocku. Nie zapomnę grania na tych samych chwytach „Zawsze tam gdzie ty”, a potem „Nie płacz Ewka”. Po około 2-3 godzinach udawało mi się zebrać dość kasy, aby miło spędzić czas na mieście. Wierzcie lub nie, ale wystarczało 25 złotych na cały wieczór.

Przechadzając się ostatnio po centrum Gdańska, szwendałem się po różnych miejscach, wspominając lokale, które już jakiś czas temu zniknęły z imprezowej mapy Gdańska. Jeżeli ktoś chce, proszę bardzo, niech mówi, że imprezowego Gdańska nie było, ale ja… bawiłem się tu całkiem dobrze.

Underground (dzisiejsza Szafa)

Wraz z moim kumplem Leszkiem przechodziliśmy kiedyś obok lokalu, nad którego drzwiami widniał szyld „Underground”. Pomyśleliśmy, że wejdziemy tam i napijemy się piwka. W środku, ku naszemu zdziwieniu, było sporo porozrzucanych kabli, wiader z farbą i gipsem szpachlowym. Schodziliśmy na dół, a tam za prawie ukończonym barem stał człowiek, który powiedział nam, że lokal jest jeszcze zamknięty. Wdrapując się po schodach Leszek mruknął głośno pod nosem – „Szkoda, fajnie byłoby tutaj napić się piwa”. Usłyszawszy to, barman powiedział, abyśmy usiedli na jednej z kanap, a on zaraz poda piwko. To było przyjemne uczucie. Dlatego jeżeli ktoś spyta, czy piłem piwko w tym lokalu, to mogę powiedzieć, że piłem bronksa „w Anderze” jako pierwszy. Na poziomie -1 rozłożonych było kilka stolików otoczonych dwuosobowymi sofami. Podobnie jak teraz, panował tam mrok. Grano muzykę z lat 70., 80. i 90. W sobotnie noce nie brakowało tam ludzi, a wszechobecny imprezowy pot na stałe wgryzł się w to miejsce. Niestety, nie posiadam krępujących zdjęć z tego okresu… A szkoda.

Tropikalna Wyspa (dzisiaj nawet nie wiem, co tam jest)

„Tropikalna” znajdowała się w bliskiej odległości „Parlamentu”, który miał powstać znacznie później. W czasie, gdy dzisiaj piwo może kosztować 10-12 złotych, wtedy za niewygórowaną cenę 8 „zitków” można było napić się piwka (0,5!) oraz wściekłego psa. Nie umiałem wtedy pić wściekłych. Teraz zresztą też nie umiem. Piwo jednak świetnie nadawało się do zabijania miotającej się na języku pikanterii po Tabasco. Lokal był spokojnym pubem, gdzie można było spędzić miło czas pod hasłem „posiadówka”

„Kapeć” (dziś centrum Hevelianum)

Do „Kapcia” chodziłem tylko na „Flower Power”. Ta impreza organizowana raz w miesiącu cieszyła się dużą popularnością. Dobra muzyka, rozwodnione piwo i masa ludzkich fenomenów. Pamiętam osobę o ksywie „Banan”, który hodował szczurki, a na imprezę przychodził zawsze z jednym na ramieniu… Na „flałerze” było dobrze znać Banana, na wypadek, gdyby miał być dym. Czasem zjawiali się metalowcy (wtedy jak ktoś miał glany i łańcuch od kosiarki to był metalowcem, może metalurgiem) i były drobne potyczki. Gorzej gdy zjawiali się dresiarze – wtedy mogło być krucho. „Kapeć” mimo zadym istniał i miał się dobrze. Imprezę w większej części spędzałem na raczeniu się piwem, siedząc na murku, gdzie rozmawiałem ze znajomymi. Lubiłem to. Zresztą dopóki człowiek jest młody i nie zderzy się ze ścianą dorosłości, zawsze ma sporo do powiedzenia. Po kilku godzinach wchodziłem do środka, gdzie działa się magia – Led Zeppelin, The Doors, The Who, Joe Cocker, Janis Joplin i inni. Moja koleżanka mieszkała w okolicy, więc zawsze na imprezowym zgonie szliśmy do niej, by trochę odespać.

Te lokale były fajne. Mówiąc w dzisiejszym języku – „nie mainstreamowe” (cokolwiek to znaczy). W zamian potrafiły dać bawiącym się tam ludziom fajną atmosferę. Nie jestem ani stary, ani młody. Po prostu jestem. Niemniej, gdy teraz ktoś wyciąga mnie na miasto, to ciężko znaleźć miejsce, gdzie można usiąść, pogadać i potańczyć. Tłukąca po uszach muzyka po pierwsze jest momentami za głośna, po drugie teksty są do dupy. Czasem więc z sentymentem patrzę w przeszłość i… tęsknię za tymi fajnymi miejscami.

One Reply to “Miejsca, których już nie ma…”

  1. – nono super się Twoje stoisko proetnzewało, szkoda że mnie nie było na tych targach .. choć nie jestem fotografem ślubnym, a tylko amatorem i tak żałuję pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.