Trutka na miłość

23 Lip

Jak całkiem przez przypadek zabić swój związek? Recepta jest prosta. Wystarczy naoglądać się odpowiedniej ilości komedii romantycznych i melodramatów. Końska dawka czułych słówek i idealnych randek powali nawet najlepszych.

Komedie romantyczne i melodramaty to gwiazdy światowych kin. Do każdego święta, pory roku, katastrofy lotniczej, morskiej i zamachu terrorystycznego obowiązkowo musi zostać przypisana miłosna historyjka. Jedna podobna do drugiej: ckliwa, łzawa i koniecznie zakończona happy endem. I tak do wigilijnej tradycji nie należy już wyłącznie przygotowanie dwunastu potraw i coroczne losowanie oprawcy dla pływającego w wannie karpia. Oprócz obejrzenia bożonarodzeniowej szopki trzeba też koniecznie zobaczyć „To właśnie miłość” lub „Listy do M”, bo bez tego święta obejść się nie mogą. Ość w gardle gwarantowana. W rocznicę zamachu na World Trade Center możemy włączyć „Twój na zawsze”, a przy kolejnej katastrofie morskiej „Titanica”. No i mamy idealną miłość na każdą okazję.

Okazuje się jednak, że wpatrywanie się przez półtorej godziny w słodycz i sielankę może spowodować spory uszczerbek na zdrowiu psychicznym. Awantury o szuranie kapciami (bo Hugh Grant na pewno nie zostawiłby brudnych skarpetek pod stołem) to pierwsze skutki „romantycznej manii”. Zwyczajność zaczyna nieźle wkurzać, bo miłość to przecież nie jest podawanie kolejnej herbaty, tylko bieganie nago w deszczu. Lista romantycznych rzeczy też została już z góry określona. Kolacja przy świecach, oglądanie miasta nocą to tylko niektóre z nich. Pomysły spoza rankingu wchodzą w grę, ale tylko po zekranizowaniu.

Maniaków romansideł nie ominie też „syndrom zawiedzionych nadziei”, czyli zrzędliwe poszukiwanie wad. Ten etap obejmuje głównie wyżywanie się na facetach za to, że nie stoją pod oknem z napisem „dla mnie jesteś idealna” („To właśnie miłość”) lub nie przytulają nas na dziobie luksusowego statku („Titanic”).  Niektórym oberwie się za brak drewnianej łódki i pocałunku w deszczu („Pamiętnik”), innym za nienapisanie listów („P.S. Kocham Cię”). Kwiaty nie są dostatecznie świeże, czerwone wino za gorzkie, a seks w samochodzie jest jednak mało wygodny i niezbyt romantyczny („Titanic”). Wniosek jest prosty i przygnębiający – prawdziwe związki przypominają raczej „Terminatora” niż „Casablancę”.

Niestety, rola Dziewicy Orleańskiej jest już od kilku wieków zajęta. Kobiety oczekując na księcia z wczorajszego melodramatu, oglądają następny, którym później z chęcią zatrują życie swojemu mężczyźnie. Faceci natomiast wciąż obrywają za kreatywność scenarzystów i uparcie nie domyślają się, że obejrzenie kilku „tych cholernych romansideł” mogłoby ich wiele nauczyć. Romantyczne historie miłosne to plaga egipska wszystkich związków, ale o to możemy już obwiniać Romea i Julię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.