Bardzo subiektywny Krym

3 Sie

Chatki bez toalet stoją tu nieopodal luksusowych willi, rozpadające się graty jeżdżą obok najnowszych mercedesów. Na imprezie najnowsze kawałki, a w barze szklanki w koszyczkach. Na Krymie miesza się wszystko ze wszystkim.

Miało być względnie tanio, po swojemu i z dala od zachodniej Europy. Padło na Krym, bo taki był kaprys ludu. Ruszyliśmy bez rezerwacji i bez planu, ale za to z plecakiem, namiotem i znajomością 5 słów po rosyjsku.

Boginie obfitości spożywczej
Żeby nie torturować się na starcie widokiem upasionych magnatów i wszechobecnej „komerchy” zamiast z Symferopola naszą podróż zaczynamy od drugiej strony. Do Kercza jedziemy pociągiem, w którym po raz pierwszy spotykamy boginie spożywczej obfitości, czyli babuszki sprzedające na peronach owoce, warzywa, a nawet gotowe obiady. Chwała im za to, bo kiedy wysiadamy w mieście, jest już środek nocy. Kierując się nową, przydatną zasadą „tam dom Twój, gdzie sobie namiot postawisz”, rozbijamy się na dzikiej plaży, nie podejrzewając, że o poranku nasza oaza spokoju okaże się główną atrakcją turystyczną w okolicy. Lawirując między pływaczkami i ręcznikami, zwijamy się i jedziemy na błotne SPA w jeziorze Czokrak. Chociaż nasz rosyjski nie poprawił się ani trochę, namawiamy dwie Ukrainki, żeby popilnowały naszego dobytku („wy nasze ruksaki pasmatri”) i zanurzamy się w lepkim bagnie. O dziwo, jest bosko.

Pasażer zza zakrętu
Dojeżdżamy na Półwysep Kazantyp. Tam dla odmiany cisza i spokój. Wszędzie widać połoninę i morze. Zachwyceni zostajemy do rana. Kolejny dzień to kolejne niespodzianki. Okazuje się, że bilety na autobus do Sudaka już wyprzedano. Postanawiamy więc tym razem uwierzyć mądrościom z przewodnika i zdobyć karnet od kierowcy. Obrotny pan każe nam czekać na siebie za zakrętem i już po chwili czując się jak gangsterzy (w końcu oszukaliśmy kasjerkę), wciskamy się do zatłoczonego pojazdu i zadowoleni mkniemy do miasta. Od tej pory postanawiamy pozbyć się skrupułów i omijać panie w kasie. Zawsze to parę hrywien do przodu.

Po rosyjsku zamawiam Hasz
W Sudaku wpadamy do baru na coś do jedzenia. Choć odszyfrowanie menu napisanego cyrylicą zajęło nam dobre pół godziny, a złożenie zamówienia kolejny kwadrans, to stwierdzam, że nasz rosyjski zaczyna się rozwijać. Żeby ćwiczyć zamawiam kawę i regionalną słoną zupę – Hasz. Kiedy jednak nadchodzi moja upragniona kawa, dochodzę do wniosku, że nie poszło mi najlepiej, skoro zamiast rozpuszczalnej piję sypaną z fusami do połowy kubka. Dobrze, że chociaż z zupą się udało. Docieramy do Twierdzy Genueńskiej. Ciągnące się przez kilka kilometrów mury przypominają o czasach świetności Krymu i o jego wielokulturowej naturze. W Sudaku odkrywam także kolejny cud architektury – poszukiwany od początku wyjazdu kontener na śmieci. Okazuje się, że śmieci lądują na ulicy, bo zielony kosz na odpady to tutaj naprawdę rzadki okaz. No to chyba mam dziś szczęście.

Niedobrowolna łapówka
Ruszamy do Nowego Świata, czyli skalnego rezerwatu (płatnego). I choć zwykle nie lubię miejsc tłumnie odwiedzanych przez turystów, to widoki z wykutej w skale „carskiej ścieżki” i kąpiel w lazurowej zatoczce są w stanie wiele wynagrodzić. Błogi spokój nie trwa jednak za długo. Dzień później dostajemy mandat za nocowanie w górach w czasie zagrożenia pożarowego. Trzeci stopień niebezpieczeństwa ogłoszono nad ranem, kiedy już schodziliśmy ze szlaku, ale to nie przekonało nieugiętej władzy. Targowanie się też nie wyszło nam na dobre. Ostatecznie zapłaciliśmy trzy razy więcej. 1:0 dla nich, a u nas bieda w portfelach.

I love Krym
Czuć, że zbliżamy się do komercyjnej części Krymu. Już na dworcu w Jałcie atakują nas stragany i budki z pamiątkami (może magnesik?). Nieczuli na wdzięki sprzedawców wciskamy się do pełnej już marszruty, podajemy pieniądze do przodu i rzucamy: „czetyrie do Gaspra”. Jednak kierowca zamiast jechać, patrzy na nas jak na wariatów (Gaspra to po rosyjsku Gurzuf). W akcie desperacji machamy mu przed nosem obrazkiem z przewodnika. Zadziałało. Niestety okazuje się, że słynne Jaskółcze Gniazdo – znany symbol Krymu – to w rzeczywistości mała i nieciekawa willa obrośnięta obrazkami z przesypującym się piaskiem i przypinkami do toreb z napisem „I love Krym”. I tak będzie już do końca. Fuj.

Za cenę wychodka
Po drodze na pociąg zahaczamy o Bakczysaraj. Zahaczamy to dobre określenie, bo do miasta dojeżdżamy około północy. Przemoknięci do suchej nitki i z bardzo szczupłym budżetem (w końcu koniec wyjazdu) wleczemy się pod górę, mijając niskie domki z zasłoniętymi oknami. Ceny w hotelach zwalają nas z nóg, ale nasz wyjazdowy fart nas nie opuszcza. Wzbudzając litość pani z recepcji, po 15 minutach dostajemy nocleg w cudzym domu i to za 15 hrywien (ok. 6-7 złotych). Wyposażenie mieszkanka to jedynie cztery łóżka, piec i dużo obrazów, ale za tą cenę mogę nawet sikać do wychodka za domem.


Na koniec postanawiamy jeszcze trochę się ukulturalnić i natchnieni lekcją polskiego oraz licząc na przypływ pisarskiej weny, jedziemy nad przepaść w Czufut-kale. Niestety nowy sonet krymski nigdy nie powstał. Powstała za to ta bardzo subiektywna relacja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.