Zróbmy sobie…dziecko!

10 Sty

ie ma na świecie nastolatka, który nie marzyłby o tym, żeby dorośli przestali wreszcie kontrolować to, co i z kim robi, o której wraca do domu i jak się ubiera. Mało jest jednak takich, którzy w pogoni za upragnioną wolnością, posuwają się tak daleko jak Natalia – bohaterka nowego filmu Katarzyny Rosłaniec „Bejbi blues”.

Siedemnastoletnia Natalia (główna bohaterka filmu) jest dość nietypową nastolatką. Nie otrzymując potrzebnej miłości ze strony matki, decyduje się na dziecko w bardzo młodym wieku. Antoś ma być dla niej substytutem upragnionej, matczynej troski. Dziecko staje się dla niej jedynym sposobem na to, by już nigdy więcej nie zostać samotną (Znacie „Wreszcie w ciąży” – Komet? Aż grzech, że nie znalazło się w soundtracku!).

Sytuacja przestaje wyglądać kolorowo, gdy dziewczyna orientuje się, że syn to także ogromna odpowiedzialność i masa wyrzeczeń, na które jeszcze nie jest gotowa. Nieprzygotowanym do rodzicielskiej odpowiedzialności zdaje się być także Kuba (filmowy ojciec Antosia). Chłopak, mimo dobrych intencji, nie ma pojęcia jak zajmować się dzieckiem. Może gdyby z niemowlakiem dało się pojeździć na desce albo zapalić jointa, sprawa wyglądałaby inaczej?

Choć, w porównaniu z Kubą, mogłoby wydawać się, że dziewczyna stara się zachowywać odpowiedzialnie – Natalia popełnia błąd za błędem. Wyraźnie zarysowuje się to w scenach, w których dziewczyna próbuje bawić się z chłopcem i zbyt mocno rzuca w niego klockami, maluje mu paznokcie lub ubiera w modne stroje, nie zastanawiając się nad tym czy np. są dla niego wygodne. Apogeum nieodpowiedzialności (swoją drogą jedna z tych scen, które mówią, że potem będzie już tylko gorzej i jeszcze bardziej przewidywalnie) to scena w klubie, w której, pochłonięta imprezowym szaleństwem, bohaterka zapomina o fakcie posiadania dziecka, a na Ziemię sprowadza ją, rzucony od niechcenia, żart koleżanki.

W świecie filmowej Natalii bardzo dużą wagę przywiązuje się do wizerunku. Dziewczyna chce robić to, co w jej świecie uznawane jest za trendy, dlatego marzy o karierze w branży modowej. Swojej i… Antosia. Dba o jego wizerunek i marzy o profesjonalnej sesji fotograficznej, która wprowadziłaby go w świat mody. Podobnie jak bohaterka filmu, dużą uwagę do strojów, przywiązali jego twórcy. Momentami…aż za dużą. Stylizacje zmieniają się niemal w każdej sekwencji. Pojawia się też mnóstwo nic nie wnoszących scen, w których Natalia przebiera się i przymierza kolejne ubrania. Niestety, taki zabieg nie dość, że nie wnosi nic do opowiadanej historii, to jedynie umacnia widza we wrażeniu przesadności i przerysowania całej produkcji.

Mozaika przeplatających się jaskrawych, bajkowych wręcz kadrów, przywodzi na myśl stylistykę kiczowatego teledysku. Choć przyjemnie się na to patrzy, poszatkowana historia zabija rozwój postaci i nie wskazuje na motywację ich działania. Po jakimś czasie widz odnosi wrażenie, że ten niekonsekwentny obraz, w którym wszystko na siłę jest „hipsterskie” (od strojów bohaterów, przez sklep z ubraniami i imprezownię w kościele, po mieszkanie Natalii) więzi bohaterów w jakieś wykreowanej, nierealnej rzeczywistości. Rażą także niedopowiedzenia. Niektóre wątki aż proszą się o pociągnięcie ich choćby minutkę dłużej!

Mocną stroną filmu jest dobrze dobrana obsada aktorska i dopasowany soundtrack. Katarzyna Rosłaniec postawiła na młodych, debiutujących aktorów. Natalię zagrała Magdalena Berus. Wspierają ją inne młode talenty – Klaudia Bułka (przez urocze niedociągnięcia stylistyczne i nie do końca opanowany tekst wnosi do filmu kolejny powiew świeżości), Nikodem Rozbicki i Michał Trzeciakowski oraz doświadczeni i utytułowani aktorzy: laureat Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego Mateusz Kościukiewicz, Magdalena Boczarska – laureatka nagrody dla najlepszej aktorki FPFF w Gdyni, Danuta Stenka i Katarzyna Figura.

Na ścieżce dźwiękowej pojawiają się m.in.: Die Antwoord, Cyberpunkers, Steve Aoki ft. Beetroots, Liroy, Anna Patrini oraz trójmiejska formacja Dick4Dick.

Znacie ten przykry, mdlący moment jak w ciemności nie udaje się trafić stopą na odpowiedni schodek? Tak właśnie czułam się opuszczając salę kinową z grającą w głowie melodią zmiksowanej „Laleczki z saskiej porcelany”. Pełna luk, niekonsekwencji oraz braku studium charakteru bohaterów „Bejbi blues” kończy się w dość tajemniczy sposób i choć puenta może zwalić z nóg, mnie wprawiła raczej w niesmaczne osłupienie. Brutalna rzeczywistość dosięga bohaterów i widza. A miało być tak…„elektryzująco”.

One Reply to “Zróbmy sobie…dziecko!”

  1. Nie lubie takich filmów. Dzieci mają dzieci. Nic dobrego z tego nie moze wyniknąć. A jak tak wymysla to i tak kłamią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.