Siniaki na zamówienie. Okiem obserwatora.

10 Lip

W niedzielę zakończyła się kolejna edycja Heineken Open’er Festiwal w Gdyni. Czy lepsza od poprzednich? Ciężko to ocenić. Każdy Open’er ma w sobie coś niepowtarzalnego. Darmowe siniaki pod sceną i ogrom emocji, których nie da się nigdzie zamknąć, lub zmieścić. Tak w skrócie można opisać festiwal Open’er.
W środę zatrzęsła się ziemia na lotnisku Gdynia- Kosakowo. Zdecydowanym epicentrum pierwszego dnia był Tent Stage. O pierwszej w nocy, pojawił się tam elektroniczny duet Crystal Castles. Najbardziej energetyczny koncert tej edycji, jednak nie najlepszy. Dlaczego? Można było odnieść wrażenie, że zespół chce mieć jak najszybciej za sobą ten, przykry obowiązek. Nie czuło się zaangażowania ze strony muzyków. Cały występ trwał krócej niż godzinę. Koncert, był na bardzo wysokim poziomie, jednak zabrakło jakiegoś ognia i zabrakło iskry w Alice Glass, która zazwyczaj jest punktem zapalnym występu.

Ogromną niespodzianką okazał się koncert, dotychczas, mało popularnej grupy Alt-J. Od razu stali się sensacją pierwszego dnia festiwalu. Prawdziwe, alternatywne granie na wysokim poziomie. Nieszczęśliwie z występem Alt-J zbiegł się w czasie koncert Blur’a. Trzeba było dokonać przykrego wyboru i tamtego dnia wybrałam Blur. Brytyjski zespół, który jedną nogą stoi już w kanonie rocka, po raz pierwszy zagrał w Polsce. Grupa pokazała nam co znaczy porządny, brytyjski rock. Byłam pod wrażeniem, zgrania oraz profesjonalizmu kapeli. Damian Albarn wspaniale potrafi zagrać emocjami, w pewnym momencie wywołał zapewne zbiorowe ciarki na plecach fanów. Udało się, także przeprowadzić facebookową akcję, w której internauci umówili się na wspólne odśpiewywanie refrenu piosenki Tender.

I tak wkrótce „Oh my Baby” rozprzestrzeniło się na całą widownię.
Początek czwartku pozostał w moich wspomnieniach pięknym dryfem myśli. Najpierw przez spokój Junip. Obezwładnili publiczność bez stawiania oporu. Daliśmy się wszyscy ponieść uspokajającemu wokalowi Jose Gonzalesa, który zawiódł nas do wcześniej niezbadanych krain. Następnie można było podryfować w kierunku Australii z zespołem Tame Impala, któremu udało się przywieźć ze sobą odrobinę australijskiej plaży. Psychodeliczna kapela zapewniła nam muzyczną beztroskość i surfowanie na falach oceanu.
ludzie

O 22 Arctic Monkeys zawładnęło Open’er Stage’em. Potrzebowali trochę czasu, żeby się rozgrzać. Na początku zawiało brytyjskim chłodem, jednak w trakcie obcowania z żywiołową, słowiańską publicznością udało im się naprawdę rozkręcić. Można powiedzieć, że pod koniec koncertu małpy były bardziej tropikalne, niż arktyczne.

Na zakończenie dnia Nick Cave and the Bad Seeds przypomnieli nam co to znaczy stary dobry rock’n roll. Prawdziwe legendy rocka udowodniły, że nie ustępują młodszym artystom, ani repertuarem ani sceniczną witalnością. Nick Cave i zabójcze Złe Nasienie przenieśli wszystkich w czasie do lat osiemdziesiątych. Na koniec Nick Cave przemeblował trochę niebo, kończąc rewelacyjną piosenką z nowej płyty Push the Sky Away.

młyn

W piątek scena wybuchła. Skunk Anansie naelektryzowało widownie pozytywną wibracją na cały dzień. Energetyczna wokalistka, Skin poruszyła nawet słuchaczy, którzy znajdowali się w ostatnich rzędach. Prawdziwy dynamit! Bardzo bezpośrednia i otwarta w kontaktach z publicznością. W pewnym momencie brytyjska artystka zeszła ze sceny i zawładnęła tłumem jak Mojżesz Morzem Czerwonym. Publiczność rozstępowała się , kucała i świetnie się bawiła. Przez chwilę nawet Skin tańczyła w tłumie pogo oraz pływała na jego dłoniach. Kobieta-dynamit zahipnotyzowała wszystkich swoją niespożytą witalnością i energią. Eksplodowała sobą na całą publiczność.

Zdecydowanie najlepszym koncertem tegorocznej edycji okazał się występ amerykańskiej formacji Queens of the Stone Age. Josh Homme razem ze swoją ekipą porwali widownie do wnętrza mrocznego, pustynnego rocka. Queensi pokazali prawdziwą klasę. Od członków zespołu bił profesjonalizm i zaangażowanie. Charyzmatyczny Josh rozbujał widownie nie tylko grając z zespołem najlepsze hity kapeli, ale także poprzez unikalną więź jaką udało mu się nawiązać ze słuchaczami.
Ostatni dzień byłby bardzo spokojny, gdyby nie występ Crystal Fighters, którzy przywieźli nam odrobinę hiszpańskiego słońca. Natomiast bardzo romantyczny i pełen ballad był występ formacji Kings of Leon. Koncert amerykańskiej grupy, okazał się bardzo poprawny, jednak zabrakło kontaktu z publicznością, a w pewnym momencie po prostu zawiało nudą.

Już poza Open’erem w niedzielę popis swoich umiejętności zaprezentowała Rihanna. Jej szoł można, krótko i może trochę sarkastycznie skwitować, że RiRi dała ciała i nic poza tym. A nawet tego pierwszego nie za wiele. Po tak bogatych czterech dniach nie liczyłam na muzyczną ucztę, raczej na tancerki, kolorowe kostiumy i może trochę szacunku. Rihanna nawet nie starała się ukryć tego, że śpiewa z playbacku. Totalna porażka. Po takich kapelach jak Queens of the Stone Age, Blur, czy Arctic Monkeys ta scena musiała zawyć z bólu podczas koncertu RiRi.

Jedyną wadą festiwali jest chyba niemożność zamknięcia emocji. Nie dostają czasu na okrzepnięcie. Pomiędzy jednym a drugim koncertem jest za mało przestrzeni. Więc często starsze emocje zostają zastępowane następnymi. I odrobinę traci się z tych pięknych pierwszych wrażeń. Dobrze jest zamykać fotografią, lub słowem. Jednak efemeryczność tych przeżyć jest na tyle nieuchwytna, że trzeba po prostu pojechać, być, miód i Heinekena wypić.

One Reply to “Siniaki na zamówienie. Okiem obserwatora.”

  1. Nieco egzaltowana relacja. Jakby nastolatki, ale może własnie poprzez tę emocjonalnośc , podoba mi sie ? Troch naiwnie, ale pewnie dlatego szczera ta recenzja. W sumie zgadzaam się i przyznaję rację tym ocenom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.