Artylerzysta z ,,Wichra” – cz. 2 – Agonia

22 Gru

O służbie na okręcie i walkach z Niemcami w pierwszych dniach września opowiedział mi komandor porucznik, Zbigniew Kowalski – dowódca artylerii na ORP Wicher. Oto zapis jego relacji.

Od marca 1939 roku wiedzieliśmy już, że wojna wybuchnie. Nie wiedzieliśmy tylko kiedy. Zaczęło być nerwowo. Ciągłe alarmy i ćwiczenia. Okręty jak najmniej czasu spędzały w portach, a coraz więcej na morzu. Nie mogliśmy dać się zaskoczyć. Mnożyły się niemieckie prowokacje. Szczególnie lotnicze. Do samolotów z czarnymi krzyżami naruszającymi naszą przestrzeń powietrzną strzelaliśmy specjalną „pomarańczową” amunicją. Miała ona wystraszyć intruza, ale nie robić mu krzywdy. Wszystko to było męczące. Fizycznie i psychicznie. Mieliśmy dosyć tego ciągłego napięcia.

1 września o świcie staliśmy w dryfie na Zatoce Gdańskiej. Lekki wiatr spychał nas powoli w stronę Gdyni. Wtem usłyszałem, a po chwili zobaczyłem samolot. A za nim następne. To były doskonale znane mi ze szkolenia niemieckie hydroplany. Nie pytając nikogo o zgodę, rozkazałem otworzyć do nich ogień. Z amunicji bojowej. Mój zastępca-porucznik Mamak z radością wziął się do dzieła. Na odgłos wystrzałów ze swojej kajuty wyskoczył komandor podporucznik Stefan de Walden, dowódca „Wichra”. Był zdenerwowany.

-Jak pan śmie! krzyknął do mnie. Ja pana pod sąd wojenny postawię! To są polskie samoloty. (rzeczywiście była jakaś informacja że polskie „łosie” mają lecieć do Szwecji , podobno z ładunkiem zapasów złota – prawdopodobnie była to akcja dezinformacyjna niemieckiego wywiadu). Wcześniej niż ja na zarzuty dowódcy odpowiedziały rzekomo polskie samoloty. Seria z kaemów trafiła w blachę pomostu zaledwie kilka centymetrów powyżej głowy komandora. Kilka godzin później de Walden co prawda mnie nie przeprosił, ale powiedział że mam świetną intuicję.

W tym czasie odebraliśmy też komunikat o niemieckim ataku na Polskę. I, co może się wydawać dzisiaj dziwne, odczuliśmy ulgę, może nawet radość. To, do czego od paru miesięcy się przygotowywaliśmy, w końcu się stało! Wojna wybuchła. No, wreszcie jest wojna! Na niemiecki atak odpowiadają nasze działa! Zaraz im pokażemy! Niech tylko się pojawią. Jesteśmy gotowi. Oczywiście nikt z nas nie miał wiedzy, którą wówczas i to tylko częściowo posiadali przywódcy państwa. O słabości naszej armii w porównaniu z niemiecką. O nielojalności sojuszników.

Potem było wyjście w osłonie stawiacza min ORP „Gryf” który miał postawić zagrodę minową. O odpowiedniej porze, w nocy wyszliśmy z Helu w morze. Nie wiedzieliśmy, że cała misternie przygotowana akcja została odwołana! Akcja do której „Gryf” od początku był przygotowywany! I do której był przeznaczony! Wiedzieliśmy, dokąd mamy się udać i tam szliśmy. Oczywiście, bez żadnych świateł. W pewnym momencie chyba bardziej wyczułem niż zobaczyłem jakieś okręty. Znakomita lornetka niemieckiej firmy Zeiss, która zakupiona została specjalnie dla oficerów artylerii tuż przed wojną i w świetle księżyca zobaczyłem dwa niemieckie kontrtorpedowce typu Lebeerecht Maas. To były nowoczesne, nowsze niż „Wicher” okręty. I wówczas de Walden zrobił coś, co wywarło na nas, oficerach wrażenie. Włączył się jako trzeci do niemieckiego szyku. Niemcy nas nie widzieli, bo byliśmy w przeciwieństwie do nich po ciemnej, nieoświetlonej przez księżyc stronie. Byliśmy gotowi do działania. Lufy naszych armat śledziły wroga. Czekałem tylko na rozkaz i trzymałem palec na spuście.

Ale rozkaz nie nadszedł. Zadaniem „Wichra” była osłona „Gryfa”. Każda nasza akcja ujawniłaby akcję „Gryfa”. A tego, że nie było czego ujawniać, de Walden ani nikt inny na „Wichrze” nie wiedział! Dzisiaj można spekulować jakie mieliśmy szanse z dwoma niemieckimi kontrtorpedowcami i jakie takie starcie miało by znaczenie dla morale marynarki, a nawet całego Wojska Polskiego, ale wówczas mieliśmy jasny rozkaz. Osłaniać „Gryfa”, a akcja minowania i osłony była tajna i cholernie ważna. „Gryf” stał w tym czasie w helskim porcie wojennym. O czym my dowiedzieliśmy się dopiero po powrocie.

Po zorientowaniu się, że niemieckie okręty najprawdopodobniej nie mają zamiaru atakować naszego „zespołu”, odeszliśmy od nich, a po kilu godzinach wróciliśmy do portu. Wrażenie na nas zrobił trałowiec ORP „Mewa”. Widzieliśmy jak wraca do portu. Wykonywał jakieś dziwne manewry, tak jakby nikt nim nie sterował. Miał wyraźny przechył. Gdy w końcu stanął przy nabrzeżu okazało się że cały pokład jest zalany krwią , mnóstwo ludzi w tym dowódca zginęło bądź zostało rannych. Dzięki manewrom „Mewie” udało się co prawda uniknąć bezpośredniego trafienia, ale bliskie wybuchy bomb i ostrzał z broni pokładowej dokonały rzezi.

Ale wracając do „Wichra”. Kolejne wyjścia w morze i kolejne naloty. Wychodziliśmy z nich zwycięsko. A później dziwna i niezrozumiała decyzja o zacumowaniu i wygaszeniu kotłów. Obok uszkodzonego w starciu z Luftwaffe „Gryfa”.
Rankiem 3 września na widnokręgu pojawiły się dwa niemieckie kontrtorpedowce typu „Maas”, szły na nas. A my staliśmy w porcie z wygaszonymi kotłami. Ale byliśmy gotowi do walki.

Niemcy, zgodnie z ogólnymi, stosowanymi wówczas zasadami zaczęli strzelać z dużego dystansu. Chodziło o wstrzelanie się, wypracowanie poprawek na odległość i elewację.
Ja nie musiałem tego robić. Byłem pewien swoich armat i artylerzystów. Czekałem aż Niemcy zbliżą się na odległość mniejszą niż szesnaście tysięcy metrów. Taka była maksymalna nastawa celownika na „Wichrze” . Niemcy strzelali. W końcu ich pociski zaczęły padać niepokojąco blisko. Jeden uderzył w budkę bosmańską, po której nie pozostał ślad. Kolejne obramowały „Wichra” i”Gryfa”. Wytrzymałem to nerwowo. Gdy granica szesnastu tysięcy metrów została przekroczona, rozkazałem otworzyć ogień. Moment później odezwały się działa „Gryfa”. Dowódca jego artylerii był moim uczniem na kursach artyleryjskich, które prowadziłem i uznawał moje starszeństwo. Chronometrażysta mierzył za pomocą stopera czas lotu moich pocisków i dzięki temu wiedziałem które wystrzelił „Wicher”. To było ważne dla korygowania ognia. Po pewnym czasie nasze salwy zaczęły się jakby rozjeżdżać, co mnie zaniepokoiło. Sytuacja wkrótce się wyjaśniła. To odezwała się Bateria Cyplowa. Dysponowała efektywnym argumentem w postaci armat kalibru 152,4 milimetra, potężniejszych od armat które mieliśmy na okrętach. Potem błysk i dym. Jeden z niemieckich okrętów trafiony! To zniechęciło agresorów. Oba postawiły zasłonę z mgły bojowej w pośpiechu odeszły.

Kilka godzin później zaatakowało Luftwaffe. Takiego nalotu jeszcze nie było. Widziałem jak jedna z bomb trafiła w falochron. I ten falochron zaczął falować! Potężna betonowa konstrukcja po prostu się rozchwiała! Strzelaliśmy ze wszystkiego, co mieliśmy. Mamak dyrygował artylerią rufową, ja pozostałą.

Strzelaliśmy z armat przeciwlotniczych ,,czterdziestek” i wukaemów. W ogniu walki, jazgotu karabinów, huku wybuchów i wstrząsów wywołanych ogniem artylerii, stałem na pomoście bojowym. Trzymałem kalkulator artyleryjski i patrzyłem w powietrze. Miałem otwarte usta dla ochrony słuchu.

W pewnym momencie zobaczyłem bombę. Wydawało mi się, że leci wprost na mnie. I trafi mnie prosto w moje otwarte usta. Pomyślałem, że nic nie jestem w stanie na to poradzić. Trafiła bliżej dziobu. Wybuch był straszny. Zobaczyłem jak z rozdartego wnętrza okrętu wylatuje na wysokość kilkunastu metrów kocioł pomocniczy. W powietrzu obrócił się i ku mojemu zdumieniu spadł na nabrzeże i ustabilizował się w pozycji pionowej! Razem z kotłem wyleciał w powietrze, tyle że wyżej – jeden z marynarzy. Chyba już nie żył, gdy spadł na reję masztu i tam już pozostał. Z rozpostartymi ramionami, w pozycji niemal liturgicznej. Po drugiej bombie okręt zasnuł się dymem i przechylił. Ze zgrozą zobaczyłem zdarte poszycie burtowe. „Wicher” nabierał wody. Ta eksplozja wyrzuciła w morze mojego zastępcę, porucznika Mamaka. Wcześniej urwała mu nogi, a w jego twarzy utkwiło kilkadziesiąt odłamków. Mimo to przeżył. Na pomoc ciężko rannemu rzucił się do morza mat Świrbutowicz. To był najlepszy we flocie pływak. Zdołał uratować porucznika i dotrzeć z nim do nabrzeża. Tam zajęły się nim sanitariuszki, wspaniałe dziewczęta, ewakuowane z Gdyni harcerki. Przeżył dzięki nim i lekarzom, którzy niemal natychmiast przeprowadzili operację.

Czy była trzecia bomba? Dziś nie jestem już pewien. W każdym razie płonący okręt przechylał się coraz bardziej. Zaczęły pękać cumy, który „na sztormowo” połączony był z nabrzeżem. „Wicher”tonął. Woda wdzierała się na kolejne pokłady. To już była agonia okrętu. W tym wszystkim, ku mojemu zdziwieniu, na pomost zgłosił się dowódca jednej z rufowych armat. Zameldował że woda zalała działo a on nie wie co ma robić. Żądał rozkazu! A ten mógł być tylko jeden. Jako w tym momencie najstarszy stopniem taki wydałem – OPUŚCIC OKRĘT!

Później Zbigniew Kowalski został dowódcą oddziału przeciwdesantowego, uczestniczył w likwidacji buntu części oddziałów broniących półwyspu. 2 października trafił do niemieckiej niewoli. W oflagu należał do grupy konspiracyjnej. Po wojnie wrócił do Polski i został powtórnie wcielony do Marynarki Wojennej. Wyrzucono go z niej po kilku latach, podobnie jak pozostałych „sanacyjnych” oficerów. Ale to już inna historia. Ostatni raz spotkałem Komandora w 2008 roku w Gdyni. Ulice miasta zaściełała mgła.
Szedł z kijkami nordic walking. Przywitaliśmy się.

-Wie pan, powiedział, dla mnie przed wojną bardzo ważny był sport. Sporo trenowałem, przede wszystkim pływanie. Teraz zatęskniłem za młodymi latami.

Uśmiechnął się i odszedł w kierunku morza. Zmarł trzy tygodnie później.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.