Artylerzysta z ,,Wichra” – cz. 1

15 Gru

Komandor Zbigniew Kowalski to jedna z ważniejszych postaci polskiej Marynarki Wojennej. Urodził się w 1912 roku w Szepetówce w zaborze rosyjskim. Zmarł dziewięćdziesiąt sześć lat później w Gdyni.

Miałem zaszczyt i przyjemność Go poznać. Przedwojenny oficer, człowiek bardzo zasadniczy, unikający mediów. Udało mi się z Nim spotkać nie bez trudności, dzięki pośrednictwu jego przyjaciół, a moich znajomych – ostatnich żyjących oficerów MW II RP.
Spędziłem z nim wiele godzin na rozmowach o budowie floty wojennej , kontradmirale Józefie Unrugu i ORP „Wicher”na którym był pierwszym oficerem artylerii. I na którym spędził trzy najbardziej dramatyczne dni swojego długiego życia.

Do Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej z siedzibą w Toruniu wstąpił w roku 1930. Głównie po to, by ułatwić życie swojemu ojcu, który po śmierci żony, borykając się z problemami finansowymi i organizacyjnymi, sam wychowywał dwójkę chłopców. Synowie po dojściu do pełnoletności postanowili nie stanowić dla niego obciążenia i wybrali szkoły wojskowe (przez chwilę w grę wchodziło jeszcze seminarium duchowne) gdzie wikt, opierunek i kieszonkowe zapewniało Państwo Polskie. Rozczytany w literaturze podróżniczej Zbigniew wybrał karierę oficera marynarki, a jego brat – Wojsk Lądowych.

Musztra, wychowanie fizyczne szkolenie ogólnowojskowe i przedmioty specjalistyczne – przede wszystkim elektrotechnika stanowiły twardy orzech do zgryzienia. Była też praktyka morska na ORP „Wilia”. Był to dawny statek handlowy, przebudowany na transportowiec floty wojennej.

Jeden z podchorążych odmówił zejścia po siatce do łodzi – wspominał komandor Zbigniew Kowalski. – Wymigiwał się, twierdząc że ma poranione ręce po jakichś ćwiczeniach. Ale on się bał. Po prostu się bał się zejść po tej siatce. Strach to ludzka sprawa. Odczuwa go każdy normalny człowiek. Ale my mieliśmy być przygotowani do tego, by lęk przezwyciężyć. Ten kolega miał ustosunkowanego krewnego i wydawało mu się że kłopotu nie będzie. Ale trafił na zasadniczego przełożonego , którego ważni krewni podchorążego nie interesowali. Na nieszczęście studenta, poglądy takie podzielali również przełożeni przełożonego. I z uczelni wyleciał. Koneksje nie pomogły.

W 1933 roku, gdy promowany został na podporucznika marynarki, Zbigniew Kowalski trafił na „targ niewolników”.

Było to spotkanie całego rocznika – mówił Kowalski – podczas którego dowódcy różnych szczebli oglądali nas i tych, których sobie upatrzyli brali do swoich jednostek. Tak trafiłem na ORP „Wicher”. Trafiłem tam do działu artyleryjskiego. Po pewnym czasie zostałem pierwszym oficerem artylerii na tym pierwszym nowoczesnym i wówczas jednym z dwóch najsilniejszych polskich okrętów. Starałem się podejść do swojej służby jak najrzetelniej. Czytałem mnóstwo opracowań dotyczących najnowocześniejszych metod celowania i samych armat. Na „Wichrze”mieliśmy armaty z lufami samowzmacnialnymi. Francuzi przodowali wówczas w tej na owe czasy niezwykle nowoczesnej technologii. W największym skrócie polegało to na tym że lufa dzięki użyciu specjalnego drutu i swojej konstrukcji wzmacniana była poprzez …strzelanie. Dzięki temu mogła być lżejsza od tradycyjnych konstrukcji i mieć większą trwałość.

Podporucznik Zbigniew Kowalski był też bohaterem marynarskich opowieści. A to dzięki ówczesnemu wicemarszałkowi Sejmu Bogusławowi Miedzińskiemu, jednemu z najbliższych współpracowników marszałka Józefa Piłsudskiego.

Miedziński, zgodnie z ówczesną modą postanowił spędzić wakacje nad morzem. I został gościem Marynarki Wojennej. Akurat miałem służbę w Komendzie Portu Wojennego w Gdyni gdy wbiegł do mnie wyraźnie wzburzony marynarz. Był tak wściekły, że ledwo wydusił z siebie słowa.

Panie poruczniku! Pan marszałek Sejmu siedzi w łodzi admiralskiej w samych gaciach i moczy nogi w wodzie! – wykrzyczał.

No, tego się nie spodziewałem i nie mogłem ścierpieć. To była zniewaga, na którą musiałem zareagować! Rzuciłem się biegiem do nabrzeża, gdzie zacumowana była admiralska motorówka. I na własne oczy przekonałem się, że rozeźlony marynarz mówił prawdę! Proszę natychmiast opuścić łódź! – krzyknąłem do wicemarszałka Sejmu.

Ale o co chodzi? – spytał zaskoczony marszałek.

To łódź pana admirała, proszę natychmiast ją opuścić – emocje wręcz mnie rozsadzały. Nie mogłem pozwolić na dalsze lekceważenie zwyczajów.

Ale, panie kolego, ja jestem na wakacjach – wicemarszałek nadal nie zdawał sobie sprawy z tego co czyni.

Proszę NATYCHMIAST opuścić łódź!

Jestem wicemarszałkiem Sejmu – on na to już trochę rozeźlony.

To tym bardziej! On coś mruknął pod nosem i ….sobie poszedł.

Zdałem sobie sprawę z kim zadarłem. Ale Miedziński chyba nic nikomu o tym incydencie nie powiedział. Admirał Unrug mimo to o całej sprawie bardzo szybko się dowiedział. I żadnych konsekwencji w stosunku do mnie nie wyciągnął. Cała sprawa być może skierowała na nowe tory moją karierę. Otóż otrzymałem propozycję objęcia stanowiska oficera flagowego dowódcy floty, czyli kontradmirała Józefa Unruga. Na takiej funkcji „poległo” już przede mną sporo młodych oficerów.

To była propozycja, którą mogłem przyjąć bądź nie. Ja byłem jednak na tyle przywiązany do „Wichra” i jego artylerii że „bezczelnie” postawiłem warunek: mogę zostać oficerem flagowym, ale chcę brać udział we wszystkich ćwiczeniach artyleryjskich okrętu. 0 dziwo, mój warunek został przyjęty.

Byle błąd, niedopatrzenie nawet było surowo karane. Mówiło się że „podpadnięty” oficer flagowy zjeżdżał na gołej dupie po nieheblowanej desce prosto do.. Flotylli Pińskiej. A tam, łagodnie mówiąc, raczej nikt nie chciał trafić.

Ja jednak jakoś dałem sobie radę. Przeze mnie przepływała cała korespondencja poza sprawami tajnymi. Byłem kimś w rodzaju szefa protokołu. I uczestniczyłem w wielu rozmowach jako świadek po to tylko, by Pan Admirał nie był wówczas sam na sam z interlokutorem. Niektóre rozmowy miały charakter bardzo osobisty, dotyczyły konkretnych ludzi i – powiedzmy – ich problemów, niekiedy w sferze damsko-męskiej. Ale o tym nie będę mówić. W tym czasie odbyłem na pokładzie „Wichra” podróż kurtuazyjną do Niemiec.

Przyjęci zostaliśmy bardzo ciepło. Rozmawialiśmy z niemieckimi generałami i admirałami. A ostatniego dnia, gdy miałem z kilkoma osobami wrócić do kraju drogą lotniczą zdarzyło się coś, czego się nie spodziewaliśmy. Zostaliśmy poproszeni o zmianę samolotu. Rzekomo z powodu awarii. Okazało się że, niby przypadkiem, w drodze do maszyny, natknęliśmy się na Adolfa Hitlera i jego świtę.

Ten przywitał się z nami w dziwny sposób. Po kolei ujmował mocno dłoń każdego z nas i przyciskał do swojego serca. To samo robił Goebbels. Krótka, uprzejma wymiana zdań. Hitler był w rzeczywistości znacznie niższy niż się spodziewaliśmy i w rozmowie z nami sprawiał wrażenie… onieśmielonego. Po kilku minutach udaliśmy się w swoją stronę. Po latach dowiedziałem się od ówczesnego szefa wywiadu pracującego pod przykryciem w naszej ambasadzie w Berlinie, że Hitler chciał zobaczyć, jak to ujął, „oficerów Piłsudskiego”. Wówczas jeszcze świat nie postrzegał pana Adolfa jako zbrodniarza, potencjalnego mordercy milionów ludzi lecz, i dotyczyło to także nas, jako rzutkiego polityka, potrafiącego podźwignąć z potwornego kryzysu niemiecką gospodarkę. Budował autostrady, przemysł i armię. To robiło wrażenie i wtedy nie wywoływało wielkiego niepokoju. Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.