…ale to jest już całkiem inna historia – ze wspomnień mojej Babci

25 Sie

Historia Karoliny i jej córek: dziewięcioletniej Zosi, siedmioletniej Ali i najmłodszej, prawie półtorarocznej Marii, nazywanej Niunią (mojej Mamy) zaczęła się, gdy furmanka, którą wieziono warszawiaków z obozu pruszkowskiego wjechała w opłotki wsi Grzymkowice…

Wcześniej, oczywiście, był obóz pruszkowski, przez który przechodzili wszyscy warszawiacy, którzy mieli szczęście ocaleć z pacyfikowanego miasta. Warunki w obozie były złe, ludzie leżeli pokotem na ziemi, na szynach, pod gołym niebem. Karolina z wdzięcznością wspominała dobroć i starania, jakie okazywały na każdym kroku kobiety zatrudnione w RGO (Rada Głowna Opiekuńcza). To one, na wstępie, zorganizowały kąpiel, najpierw małych dzieci, później starszych i przyniosły ciepłe mleko dla jej najmłodszej córki, zaś ona i dwie starsze, Zosia i Ala dostały kawałek chleba i ciepłą zupę. Był to ich pierwszy, ciepły posiłek od wielu dni. Któraś z kobiet z RGO widząc, że nie mają żadnych ubrań na zmianę przyniosła, zebrane wśród własnej rodziny ubranka dla córek, a i Karolinie dostał się ciepły, porządny sweter. Kiedy po czterech dniach opuszczały obóz i Karolina niosła na ręku swoją najmłodszą córkę otuloną w narzutę z warszawskiego mieszkania, podbiegła tamta miła kobieta z RGO i wsypała na tę narzutę i śpiącą Niunię garść dojrzałych, pięknych gruszek. Karolina, wiele lat później opowiadając historię ich ocalenia, zawsze wspominała tamte podarowane na drogę gruszki.
Tak więc, znalazły się wreszcie w miejscu, w którym miały doczekać końca wojny, lub lepiej – wyzwolenia.

Żołnierzy niemieckich eskortujących ich podczas drogi, na wsi zastąpili rosyjscy żołnierze armii gen. Andrieja Własowa, której oddział stacjonował w Grzymkowicach. Zaraz też dowódca tego oddziału, kapitan, rozpoczął przydzielanie poszczególnych rodzin do kolejnych gospodarstw. Karolina i jej córki skierowane zostały do znajdującej się w środku wsi chałupy, ale gdy próbowały wejść do środka z wnętrza wypadła kobieta i z krzykiem zatrzasnęła przed nosem drzwi. Karolina zrozumiała, że kobieta jest wściekła i nie zamierza ich wpuścić do swego domu. Usiadła więc na ławeczce przed domem i przygarnęła swoje córki. Siedziałaby tak bezradnie do nocy, gdyby przechodzący właśnie rosyjski kapitan nie zainteresował się i zapytał, dlaczego trzyma swoje dzieci na dworze? Karolina powiedziała, że gospodyni nie chce ich u siebie, więc nie wiedzą, co mają zrobić? Kapitan dostał furii i zaczął krzyczeć: „Ty Poliaczka i ona Poliaczka. I ona tiebia nie choczet wpustit?” W tym miejscu zaklął siarczyście, a ponieważ był także pod wpływem sporej dawki alkoholu wpadł do chałupy i zaczął wyciągać jej mieszkańców: gospodynię, jej męża i osiemnastoletniego syna i ustawił ich pod drzwiami stodoły. Wrzeszcząc, że ich rozwali zaczął odpinać broń. Karolina i jej płaczące córki rzuciły się do jego nóg prosząc, żeby nie strzelał. Także gospodyni i jej rodzina, wystraszeni bardzo, padli na kolana i prosili o darowanie im życia. Kapitan dał się udobruchać i groźny incydent skończył się tym, że Karolina i jej córki mogły wejść do chałupy, a gospodarz wyciągnął flaszkę bimbru i w doskonałej zgodzie z kapitanem ją wypili. Miejscem, które im wyznaczyła gospodyni do zamieszkania była mała, pusta i bardzo zimna izba, do której wchodziło się z sieni. Tam, na gołej ziemi położyły się i przytulone do siebie przespały pierwszą noc. Później, Karolina znalazła starą, dwudrzwiową szafę, mocno zdezelowaną, bez drzwi przeznaczoną zapewne do spalenia i przyciągnęła ją do ich izdebki. Położona płasko na kilku cegłach została wymoszczona słomą i odtąd szafa stała się łóżkiem, w którym spały we cztery, wtulone w siebie i przykryte warszawską narzutą.

Rodzina, u której zamieszkały, najbogatsza we wsi, składała się z czterech osób. Dominowała w niej gospodyni, matka dwudziestotrzyletniej Helenki (pochodzącej z pierwszego małżeństwa, lekko upośledzonej dziewczyny, której przyjaciółką stała się dziewięcioletnia Zosia), i osiemnastoletniego Tadka (z drugiego małżeństwa). Jej sporo młodszy drugi mąż, o którego była zazdrosna był sołtysem gminy Grzymkowice. Karolina i najstarsza córka Zosia, od razu otrzymały zatrudnienie, Karolina przygotowywała karmę dla świń, a Zosia razem z Helenką pasły krowy. Pracując w gospodarstwie moja babcia musiała stale opiekować się małą Niunią i zabierać ją sprzed oczu gospodyni, bo najmłodsza dziewczynka wyraźnie denerwowała gospodynię. Oprócz karmy dla świń w wielkim garze gotowano codziennie buraki z ziemniakami i ten barszcz jedzony trzy razy dziennie był podstawą wyżywienia rodziny gospodarzy oraz wyłączną strawą Karoliny i jej córek. Chleb, pieczony raz na dwa tygodnie, którego zapach drażnił nozdrza, jadła wyłącznie rodzina gospodarzy. Dla Karoliny i jej córek. był to zakazany owoc. Gospodyni bardzo tego pilnowała i nieraz jej córka, Helenka obrywała po głowie, gdy matka spostrzegła, że wynosi kawałek chleba dla swojej nowej przyjaciółki, Zosi. Zdarzało się, że Karolina kradła chleb dla dzieci. Udawało się to wtedy, gdy między gospodynią, a jej mężem dochodziło do ostrej kłótni. Jeśli kłótnia była wieczorem, to gospodarz wychodził trzaskając drzwiami i szedł do karczmy. Wracał w nocy i w swojej izbie (małżonkowie spali osobno), otwierał zamkniętą na klucz szafkę nocną, w której trzymał pęto kiełbasy i bochen chleba. Karolina słyszała jego powrót, a potem otwarcie szafki i krojenie chleba. Zwykle, przy jedzeniu zasypiał. Szafka, w której zamku tkwił klucz była wtedy najczęściej otwarta. Karolina drżąc ze strachu, że się obudzi, cichutku szła do pokoju gospodarza i odkrawała pajdę chleba. Jeśli chleb był świeży kroił się łatwo i cicho, jeśli miał już prawie dwa tygodnie skrzypiał podczas krojenia. Wracała z tą pajdą chleba do dziewczynek, a one siedziały już zupełnie obudzone, w szafie-legowisku i cichutko, po ciemku zjadały chleb do ostatniej okruszynki.

Nadeszła jesień, zrobiło się zimno. Zosia, która dalej pasła krowy nie miała ciepłych butów, więc Karolina zdjęła z palca pierścionek i zamówiła u wiejskiego szewca buty dla Zosi. Szewc wziął pierścionek, zrobił buty, ale na mokrej trawie buty się rozkleiły i Zosia została bez butów. Dobrze, że krowy już nie wychodziły na pastwisko, więc w końcu te buty nie były aż tak bardzo potrzebne. Ala mocno się przeziębiła, a może to było zapalenie oskrzeli, bo ciągle kaszlała. Niestety nie było lekarstw i sposobu ,żeby dziewczynce pomóc. Nie pozostawało jej nic innego jak to przetrwać. Wśród innych zajęć musiała jeszcze Karolina pilnować małej Niuni. Gdy tylko w kuchni, do której przynoszono z obory stągwie mleka rozpoczynała się robota, bo gospodarze przygotowywali śmietanę i ubijali masło, dziewczynka biegła i po dziecinnemu prosiła gospodynię pokazując na mleko, które nazywała „mlll” . Pytała „da?”, a wówczas gospodyni zawsze odpowiadała jednakowo: „dostaniesz, dostaniesz, ,g….na patyku dostaniesz!” Niunia oczywiście nie rozumiała, co to znaczy. Jednak bardzo dobrze zapamiętała ten zwrot. Po wojnie, kiedy mieszkali już w Gdańsku, a Niunia miała około trzy i pół roku odwiedziła ich siostra mego dziadka. Ciocia, na powitanie, wręczyła Niuni ogromnego, czerwonego lizaka. I wówczas dziewczynka z błyskiem zrozumienia wykrzyknęła: „Aha, to takie jest g….na patyku.”

Tak wspominała koniec 1944 roku moja Babcia – Karolina. Jako historyk muszę tu dodać komentarz. Powiat skierniewicki, który liczył wtedy około 95 tysięcy mieszkańców „zalany” został ponad 16 tysiącami ewakuowanych uchodźców z Warszawy. Do tego doliczyć należy ogromną koncentrację wojska na tym terenie. Spowodowało to, że ludność miejscowa żyła właściwie w pogłębiającej się biedzie. Ciągłe kontyngenty i podatki nakładane przez Niemców doprowadzały do ubożenia bogatszych, a mniejszych gospodarzy po prostu rujnowały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.