,,Podkowa” z Gdyni – wspomnienia przedwojennego furmana

3 Lis

Pan Stefan Brechelka chciałby, żeby w Gdyni powstał pomnik. I wcale nie człowieka, tylko konia. Bowiem bez paru tysięcy koni Gdynia – miasto i port nigdy by nie powstały. Pan Stefan wie, co mówi. Jest prawdopodobnie ostatnim przedwojennym gdyńskim furmanem. I jednym z ostatnich uczestników budowy „polskiego okna na świat”.

Przyjeżdżali tu ludzie z całego kraju. Przyjeżdżali w towarowych wagonach z całym dobytkiem, łącznie ze zwierzętami – wspomina pan Stefan. – Nie mieli gdzie mieszkać. Najczęściej byli to ludzie biedni, szukający tu pracy. A Gdynia dopiero się budowała. Nowoczesne kamienice i biurowce powstawały wśród pól i pastwisk. I ci ludzie budowali cokolwiek, żeby tylko miało dach. Budowali z tego co znaleźli: skrzynek po rybach, tektury, jakichś desek i kamieni. Tak powstawały dzielnice biedy. Były to na przykład Nowa Warszawa, Pekin, Betlejem , Abisynia i najlepsza z nich, w miarę uporządkowany, Meksyk. Część istnieje do dzisiaj.

Pan Stefan zaczął powozić zaprzęgiem jako 14-letni chłopak. Pracował, gdy ojciec chorował lub gdy było tak dużo zleceń, że ojciec sam nie dawał rady.

Strona 1 z 2
Strona 1 z 2

Mieliśmy wspaniałe konie. A ojciec nauczył mnie, że bat należy stosować bardzo rzadko. Koń ma swój rozum. I rozumie intencje furmana. A nawet jego potrzeby. Nieraz zdarzało się, że po wypłacie była libacja. Furmani w ogóle sporo pili. I takiego kompletnie pijanego furmana koledzy wrzucali na wóz aby się przespał, a koń sam wiózł go do domu. Konie się szanowało. One wykonywały niesamowicie ciężką pracę. Tak jak i furmani. Zaprzęgi wiozące piasek z Grabówka czy Chyloni do centrum miasta albo na budowę portu liczyły po dwa, cztery, sześć a nawet osiem koni. I nie było w tym przesady. Musiały ten załadowany wóz jakoś wyciągnąć z miejsc, gdzie koła zapadały się aż po osie. Nie wszystkie zwierzęta to wytrzymywały. Niektóre padały przy pracy. Wówczas wiozło się konia do Cisowej. Tam był koński cmentarz. Żegnało się go jak członka rodziny. Wypijało kieliszek wódki. Zwierzę trafiało do dołu pod lasem i tam było zakopywane.

Stefan Brechelka był kinomanem. W młodości nie przegapił żadnego filmu. No, prawie żadnego.

podkowa 12
Strona 2 z 2

Gdy miałem piętnaście lat poszedłem wraz z kolegą do kina „Bajka” na jakiś western – wspomina. – Ale nie zostaliśmy wpuszczeni. Bo film był tylko dla dorosłych. Ponieważ mieliśmy trochę czasu wpadliśmy na pomysł aby zajrzeć do miejsca zakazanego. Takiego, przed którym ostrzegali nas dorośli. Konkretnie domu publicznego, który mieścił się w pobliżu ulicy Portowej. Gdy weszliśmy, w półmroku wypełnionych dymem papierosowym pomieszczeń, dojrzeliśmy grono rozbawionych mężczyzn i jedną kobietę. Była gruba , wyglądała na silną i nie miała w stosunku do nas dobrych zamiarów. W jednym ręku trzymała szruber (twarda szczotka do czyszczenia podłogi), a w drugim wiadro z brudną wodą.

Wynoście się stąd małe smoki – krzyknęła głośno . Czego tu chcecie? To nie jest miejsce dla was! Odpowiedzieliśmy, że tylko chcieliśmy zobaczyć co tu się wyrabia. – Precz!!! – słyszeliśmy i zostaliśmy potraktowani mokrą szczotą. Tak zakończyła się moja pierwsza i ostatnia wizyta w domu rozpusty – komentuje zajście Brechelka.

Z panem Stefanem spacerujemy po Gdyni, w której się urodził, i w której chce umrzeć. Stajemy przy krzyżu na Kamiennej Górze.

brech4

Niech pan popatrzy – pan Stefan wskazuje rozległy płaski teren kilka metrów niżej. Tu miała stanąć Bazylika Morska. Tysiące ton piachu stąd wywieźliśmy. Był projekt i już nawet przygotowany kamień węgielny. No ale przed wybuchem wojny nie udało się rozpocząć budowy… A później Niemcy robili już co chcieli. Kościoła w tych planach nie było.
Początek wojny. Pan Stefan wstępuje do oddziału ochotniczego. W nocy ciężarówki wiozą ich w rejon leśniczówki Marszewo. Tu ma być zasadzka na wroga. Młodym chłopcom niemal bez przeszkolenia wojskowego puszczają nerwy. Uciekają…

Stefan Brechelka szybko się zrehabilitował. Wstąpił do ZWZ. Działalność podziemna w Gdyni, z której wysiedlono większość Polaków, była niezwykle trudna i ryzykowna. To tu znajdowała się najważniejsza na Bałtyku baza Kriegsmarine. Stefan z oksywskiego cmentarza fotografuje port i stojące w nim okręty. Nikt nie może go zobaczyć. Zdjęcia w postaci mikrofilmów przesyłane są do Londynu. Tam także drogą radiową trafiają meldunki polskiego wywiadu, niektóre oparte o wiedzę czerpaną z jego fotografii. Awansowany na podporucznika Stefan uczestniczy w akcji przerzutu polskich kurierów i alianckich lotników zestrzelonych nad Polską, do Szwecji. Ukrywa ich w … najlepszym w mieście kinie „Stern” przy ul. Świętojańskiej (to późniejsze kino „Warszawa”). Gdy na pełnej hitlerowców sali wyświetlano jakiś propagandowy film, kilka metrów dalej krzyków wodza Trzeciej Rzeszy słuchali członkowie polskiego podziemia i Anglicy, bądź Amerykanie, czekający na przeszmuglowanie na statek do Szwecji.

Tu każdy wiedział tyle, ile naprawdę musiał. I nic więcej. Ryzyko było duże. Ja zajmowałem się ich pobytem w kinie do czasu przejęcia przez kogoś innego, kto wiózł ich do portu. Nie wiedziałem jak się nazywają ani skąd są. Oni też nie mieli o mnie nic wiedzieć. Czy wśród moich podopiecznych był Jan Nowak-Jeziorański? Nie wiem…

Oficer Armii Krajowej Stefan Brechelka, który co ciekawe nosił pseudonim „Podkowa”, wspomina też dobrych Niemców w okupowanej Gdyni. Takich, którzy pomagali Polakom choćby w otrzymaniu żywności. Ostatnim wojennym akordem była śmierć dziadka Stefana. Staruszek miał sto dwa lata i w momencie walk o miasto ukrywał się w piwnicy. Zabili go żołnierze radzieccy, bo nie posłuchał ich nawoływania do opuszczenia piwnicy. Nie posłuchał, bo prawie nie słyszał. Po wojnie, jeden ze znanych gdyńskich literatów napisał, że dziadka zamordowali Niemcy. Później tłumaczył, czego piszący te słowa był świadkiem, że w czasach komuny inaczej nie można było. Cenzura by nie puściła…

Po wojnie Stefan Brechelka kilkadziesiąt lat przepracował na kolei. Dzisiaj jest jednym z najstarszych mieszkańców miasta. Wciąż aktywny i podwójnie zakochany. W małżonce, pani Agnieszce. I w Gdyni…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.