Judy’s Funeral: Nie jesteśmy smutasami

12 Sie

Chociaż na ich czołach w ostatnim czasie pojawiły się nalepki z napisem „polskie A Place to Bury Strangers”, muzyka, którą wykonują, powinna zainteresować nie tylko miłośników grupy z Nowego Jorku. Przed Wami dumni uczniowie My Bloody Valentine i reprezentanci shoegaze’owego hałasu z Gdyni: Judy’s Funeral.

Założone w 2010 roku trio zaledwie przed kilkoma miesiącami zadebiutowało EP-ką „Four Track Extended Play” (sprawdźcie naszą recenzję). Materiał zarejestrowany w gdyńskim Music Saloon i wyprodukowany przez gitarzystę The Shipyard, Michała Miegonia, ukazał się nakładem fyh!records, labelu związanego z serwisem Fuck You Hipsters. O płycie, towarzyszących jej emocjach i inspiracjach, jak również o koncertowym katharsis, kolizjach ciał niebieskich i klejeniu gitar kropelką rozmawiamy z Piotrem Piórkowskim (wokal, gitara), Marcinem Lewandowskim (wokal, gitara) i Filipem Rojkiem (perkusja).

Muzyka, którą wykonujecie, to mieszanka shoegaze’u, zimnej fali oraz noise’u. Skąd zainteresowanie takimi właśnie klimatami muzycznymi?

Marcin: W pewnym momencie podjęliśmy decyzję, żeby grać trochę głośniej i bardziej inspirować się muzyką przestrzenną, shoegaze’em, My Bloody Valentine.  Najważniejszym momentem był dla mnie koncert A Place to Bury Strangers trzy lata temu na Offie. Zrozumiałem wtedy, że można grać głośno i nap*dalać, a jednocześnie tworzyć muzykę, która ma sens i melodię. Mieliśmy dłuższą przerwę przez całe wakacje, po której spotkaliśmy się we wrześniu. Okazało się wtedy, że mamy ten sam pomysł na muzykę.

Piotr: Szukaliśmy się. Próbowaliśmy odnaleźć się w tym, co chcielibyśmy tworzyć, grając w zespole. Ja osobiście wychowałem się na punk rocku i grunge’u, słuchałem też dużo noise rocka, zwłaszcza industrialnego. Myślę jednak, że od takich gatunków bardzo blisko jest do shoegaze’u i muzyki którą prezentuje choćby A Place to Bury Strangers. Wystarczy dodać po prostu więcej przestrzeni i więcej echa.

fot. J. Sopiński
fot. J. Sopiński

Nigdy nie pociągała was, jako zespołu, perspektywa poruszania się w klimatach odmian rocka, które są bardziej melodyjne i przystępne? Powiedzmy sobie szczerze: cold wave czy shoegaze to nie jest muzyka, którą łatwo zjednać sobie publiczność.

Marcin: Nie zgodziłbym się z tym. Mój ulubiony zespół wszechczasów to Beatlesi. Jednego dnia mogę słuchać A Place to Bury Strangers, Merzbow czy Raveonettes, a godzinę później sięgnąć bo Beach Boys, Beatlesów i tak dalej. Dlatego myślę, że czerpię z obu gatunków. Niektóre solówki na naszej EP-ce są zainspirowane czystym popem. Sądzę, że wypadkowa naszej muzyki to inspiracje hałaśliwe i popowe jednocześnie. Nie jest tak, że w grę wchodzi tylko noise rock, zimna fala i nap*dalanie.

Piotr: Melodie nigdy nie były nam obce.

Jakie inne zespoły was ukształtowały?

Filip: Ja obecnie bardzo lubię zespół These New Puritans. Przez głośniki często przewija się również Cocteau Twins. Każdy z nas ma własne inspiracje, ale zespoły zawsze wymieniane w recenzjach, czyli My Bloody Valentine i A Place to Bury Strangers, to czynniki, które nas połączyły. Poza tym nasza muzyka w pewien sposób ewoluuje, co zawsze można zaobserwować na kolejnych formach studyjnych. Na początku było to trochę niedołężne, ale około „sonic youthowe” granie. Później demo, które nagraliśmy w 2012 roku.

Marcin: To było czyste The Jesus And Mary Chain.

Filip: Bardzo inspirowane również zespołem Veronica Falls. Przyznam szczerze, że perkusje były zabrane właśnie stamtąd.

fot. J. Sopiński
fot. J. Sopiński

Z kolei na debiutanckiej EP-ce „Four Track Extended Play” najbardziej słychać właśnie A Place to Bury Strangers.

Piotr: Faktycznie, przylepiono nam w mediach nalepkę z napisem „polskie APTBS”. Ja nie traktuję tego negatywnie przeciwnie, cieszę się. Jest to dla mnie zaszczyt, że nas zespół jest porównywany do tej grupy.

Filip: Czasami chce nam się śmiać z recenzentów, bo coś, co wytykają jako wada, jest dla nas największym komplementem.

Piotr: Z naszego punktu widzenia to przysłowiowe ,,szufladkowanie” nigdy nie było czymś negatywnym. Jeżeli ktoś chce się upodobnić, powielić pewne wzorce i robi to w sposób udany i świadomy, to widocznie taki ma na siebie pomysł i tyle. Nie ma co zarzucać mu braku oryginalności i własnego stylu.

Filip: Bardzo cieszymy się z tego, że dostaliśmy łatkę APTBS.

Piotr: Inną sprawą jest to, że na tej EP-ce są tak naprawdę tylko dwa utwory będące żywą kopią tego zespołu.

Marcin: Trzeba jednak zaznaczyć, że nie chcemy kreować się na polskich APTBS. Po prostu podczas nagrywania EP-ki była to nasza największa inspiracja, co przelało się na nasze piosenki. Nie oznacza to jednak, że następny album będzie jakąś wypadkową ich brzmień.

Niektórzy recenzenci wymieniają również Joy Division, na które wskazuje zwłaszcza zamykające płytę „Before You Fade Away”.

Piotr: Może wokal kojarzy się z Ianem Curtisem?

Marcin: To zupełny przypadek. Myślę, że żaden z nas nie pomyślał o Joy Division ani podczas pisania piosenek, ani podczas ich nagrywania. Piotr po prostu ma niski wokal, tak samo jak Ian Curtis. Lubimy ten zespół, ale nie była to żadna inspiracja.

Marcin Lewandowski (fot. J. Sopiński)
Marcin Lewandowski (fot. J. Sopiński)

Wydaje mi się, że ta kompozycja trochę wymknęła wam się spod kontroli – trwa przecież prawie 10 minut.

Filip: To była tak zwana wolna amerykanka.

Marcin: Ale akcja zaplanowana, bo przewidywaliśmy, że ten utwór ma w pewnym momencie zacząć rozwijać się w swoim kierunku. Przy pomocy Gorana [Michała Miegonia, producenta płyty – J.S.] wyszło nam 10 minut kompletnego chaosu i dźwiękowych przygód.

Filip: Jedna z fajniejszych przygód. Siedzieliśmy w trójkę nad wielką paletą efektów i płynęliśmy wraz z nurtem muzyki. To po prostu ewoluowało własnym torem.

Płyta „Four Track Extended Play” ukazała się nakładem fyh!records. Wiele alternatywnych zespołów z Trójmiasta decyduje się obecnie na współpracę z lokalnymi labelami, takimi jak Nasiono czy Music is the Weapon. Dlaczego w waszym przypadku stało się inaczej?

Filip: Najzwyczajniej w świecie wyszło tak, że nie chcieli nas w swoich wytwórniach. Jest to oczywiście zrozumiałe, są różne gusta i o tym się nie dyskutuje. Ale w tym momencie, patrząc wstecz, jesteśmy zadowoleni, że taka propozycja nie padła. Współpraca z fyh!records i Piotrem Strzemiecznym, który prowadzi również bardzo znany portal internetowy Fuck You Hipsters!, jest bardzo owocna. To naprawdę bardzo fajna wytwórnia.

Wracając do zawartości płyty – czy któraś z kompozycji jest wam w szczególny sposób bliska?

Marcin: Ja najbardziej lubię „252”, ponieważ był to mój autorski projekt. Z tyłu głowy zawsze miałem pomysł na kompozycję, która jest jedną wielką plamą dźwiękową. Nie ma tam żadnej melodii, jest tylko czyste dronowanie.

Piotr: Mogę wymienić „Before You Fade Away”. Muszę przyznać, że jest to jedyny utwór na tej EP-ce, z którym wiążę jakieś uczucia. Był to wynik emocji, które towarzyszyły mi podczas komponowania.

Filip Rojek (fot. J. Sopiński)
Filip Rojek (fot. J. Sopiński)

Te uczucia chyba nie były zbyt pozytywne.

Marcin: Chyba nigdy nie wyjdzie nam żaden wiosenny czy letni hit.

Filip: W jednym z wywiadów zapytano nas, czy muzyka, którą gramy, jest w jakiś sposób powiązana z tym, jakimi ludźmi jesteśmy. Tak nie jest. Po prostu podoba nam się raczej smutne, surowe, bezduszne brzmienie. Ale na co dzień lubimy wypić piwko i się pośmiać, nie jesteśmy smutasami.

Zauważyłem, że lubicie kończyć koncerty w, nazwijmy to, destrukcyjny sposób. Nie jest wam żal własnych instrumentów?

Marcin: Dla mnie granie muzyki na żywo jest zawsze wypadkową własnych emocji i pewnego rodzaju oczyszczeniem. Jeżeli gram koncert, zawsze lubię wyżyć się w pewien sposób. To, że rozwalę gitarę, wzmacniacz, perkusję, czyjąś twarz albo rękę jest dla mnie zupełnie normalne. Wszystkie emocje, które we mnie siedzą, cała złość i nienawiść, wychodzą podczas grania. Jednak nie każdy koncert jest taki, że chcę się wyżyć i kogoś zniszczyć.

Instrumenty nadają się później do użytku? Nie musicie kupować nowych gitar po każdym koncercie?

Marcin: Po niektórych musimy kleić gitary kropelką albo oddawać je do lutnika, ale najczęściej naprawiamy je sami.

Filip: Czasami cierpią części ciała. Ja w pewnym momencie też wpadam w swój ferwor i nie zdaję sobie sprawy, że coś takiego, jak meteor w postaci Piotra, może uderzyć w moją planetę, czyli perkusję.

Piotr Piórkowski (fot. J. Sopiński)
Piotr Piórkowski (fot. J. Sopiński)

Pamiętam, że podczas koncertu na Sopotello [podczas tegorocznego Festiwalu Tańca i Bajery – J.S.] doszło do sytuacji, kiedy po destrukcji instrumentów musieliście wyjść na bis i coś już nie nadawało się do użytku.

Piotr: Mamy jednak ubogą wiedzę na temat sprzętu technicznego i ciężko nam od razu postawić diagnozę kiedy widzimy, jak coś nie działa.

Filip: Nie działa to nie działa (śmiech).

Na koniec: jakie macie plany związane z promocją EP-ki lub ewentualnie z nowymi nagraniami?

Marcin: W sierpniu zagramy trasę po Śląsku z Graveyard Drug Party, zaj*stą ekipą z Poznania oraz Robot House, pochodzącymi z Wrocławia kolegami z wytwórni. Dojdzie do przynajmniej trzech koncertów.

Filip: Prawdopodobnie, jeżeli wszystko ułoży się po naszej myśli, w październiku lub listopadzie ruszymy też w większą trasę, 10 albo więcej koncertów na południu Polski i w Czechach. Jesteśmy też w trakcie powolnych prac nad teledyskiem do „By Night”.

Marcin: W grudniu zrobimy małą przypominajkę w postaci singla. Będą to dwa utwory nagrane u Gorana. To nagranie znajdzie się pomiędzy EP-ką a długogrającą płytą, która powinna wyjść w styczniu lub lutym.

fot. J. Sopiński
fot. J. Sopiński

Najbliższą okazją do tego, aby na własne oczy (i uszy) doświadczyć koncertowego żywiołu Judy’s Funeral, będzie występ 31 sierpnia w Instytucie Spraw Wszelakich. Zespół wystąpi u boku Pedal Distorsionador i Magnificent Muttley. Start: 20:00, bilety w cenie 10 zł.

Płyta „Four Track Extended Play” dostępna jest do darmowego odsłuchu w serwisie bancamp. Fizyczną kopię albumu nabyć można za pośrednictwem sklepu fyh!records w cenie 20 zł. Wszelkie informacje na temat kolejnych koncertów i wydawnictw znajdziecie na oficjalnym profilu grupy.

2 Replies to “Judy’s Funeral: Nie jesteśmy smutasami

  1. Pingback: Social Cream i Judy’s Funeral w Bruderschafcie | my3miasto.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.