Nazywam się Hallman. Generał Hallman

27 Lut

Kazimierz Leski kontynuował pracę wywiadowczą. Po kłopotach z trasą kurierską do Londynu przez Węgry zajął się tworzeniem nowej. W tym celu po wyrobieniu potrzebnych, choć fałszywych dokumentów i uszyciu doskonałego munduru, wyjechał jako generał Julius Hallman do Paryża.

Po raz pierwszy spotkałem go w 1997 roku. Rozmawialiśmy głównie o ORP „Orzeł”, naszym najsławniejszym okręcie podwodnym, w budowie którego miał duży udział. Umówiliśmy się na godzinkę rozmowy. Ale z „Orła” przeszliśmy na czas wojny. Nie mogłem sobie odpuścić kilku pytań. Wyszło ich znacznie więcej, a później były kolejne wizyty. Byłem ostatnim dziennikarzem, któremu udzielił wywiadu. Zamierzałem wraz z Iwoną Bartólewską, dokumentalistką, znawczynią polskiego podziemia oraz epoki stalinowskiej zrealizować film o Nim. Nie zdążyliśmy.

Obchodzony 1 marca Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych stanowi znakomitą okazję do przypomnienia sylwetki jednego z nich.

Podczas kilku podróży do okupowanej Francji nawiązał kontakty z tamtejszym ruchem oporu. Podczas spotkań w paryskim kasynie wojskowym prowadził „szczere”rozmowy z wyższymi oficerami niemieckimi, co bardzo wzbogaciło wiedzę polskiego wywiadu i alianckich służb o sytuacji wojsk niemieckich nie tylko we Francji.

Ciekawym epizodem był incydent podczas zakupu artykułów spożywczych na kartki w sklepie dla Niemców. Przed Leskim stał niemiecki oficer , który wręczył kartki żywnościowe sprzedawcy. Ten przyjrzał się im i poszedł na zaplecze. Za chwilę przyszedł wzburzony kierownik zarzucając oficerowi, że posługuje się sfałszowanymi kartkami. Wyrwał przy tym z ręki Leskiemu jego sfałszowane w Warszawie kartki, spojrzał na nie i nie przestając krzyczeć powiadomił hitlerowca, że tak właśnie dobre kartki powinny wyglądać!

Zgodnie z planem, Leski wymknął się z Paryża i przedostał się do Hiszpanii. Tam nawiązał kontakt z antyfaszystami i w ogóle przeciwnikami generała Franco. Przy tworzeniu trasy kuriersko –przerzutowej współpracował więc z socjalistami, monarchistami, a nawet komunistami. Przywódcą tej jakimś cudem dobrze pracującej grupy był arystokrata, książę Alba. Akcja zakończyła się sukcesem, trasa zaczęła działać i była bezpieczna.

Podczas kolejnych wypraw do Francji Leski dokonał inspekcji budowanego właśnie Wału Atlantyckiego. Generałowi pokazano wszystko, co chciał (a chciał jak najwięcej, jednak tyle, by nie wzbudzić podejrzeń). Wszystko to możliwe było dzięki niesamowitej odwadze Leskiego, znakomitej organizacji jego przedsięwzięć i doskonałej znajomości języka niemieckiego, nawet więcej – jak twierdził sam Leski – znajomości niemieckiej natury. A także współpracowników, ludzi decydujących się na skrajne ryzyko działania w „paszczy lwa”.

kazimierz_leski_memorial_plate_warsaw

Była to niewielka, podległa mu grupa. A w jej skład wchodził między innymi rotmistrz Aleksander Stpiczyński, przedwojenny oficer polskiego wywiadu doskonale mówiący po niemiecku. W paryskiej akcji występował jako niemiecki arystokrata pułkownik Arnold Luckner. Gdy pewnego razu z powodu alianckich bombardowań linii kolejowych rozminął się ze swoim szefem Leskim w drodze do Paryża, wpadł na prosty, skuteczny, acz nieco bezczelny sposób by się z nim spotkać (pamiętajmy że komórek wówczas nie było). Otóż wiedząc, że generał Hallman zamelduje się w konkretnym, luksusowym hotelu poszedł tam w mundurze niemieckiego pułkownika i zażądał od obsługi wystawienia na tablicy informacyjnej dużego, wyraźnego napisu: pułkownik Luckner uprzejmie prosi Pana Generała Hallmana o kontakt pod numerem telefonu…..Następnego dnia odebrał telefon od Kazimierza Leskiego.

Te wyprawy musiały się jednak kiedyś skończyć. W końcu ktoś musiałby sprawdzić numer jednostki na froncie wschodnim, z której „pochodził” generał. Było także niebezpieczeństwo pojawienia się kogoś z frontu wschodniego, kto powinien był znać gen. Hallmana. A więc praca w kraju i liczne zadania, polegające na przechytrzaniu służb niemieckich. I zebraniu jak największej ilości tajnych informacji. Następnie przekazaniu ich do Londynu. Jedną z akcji zorganizowanych (znakomicie) przez okupanta była sprawa tzw. Nadwywiadu.

Przedwojenny polski podoficer, człowiek bardzo ambitny, posługujący się nazwiskami Hammer i Baczewski, dotarł do niektórych członków polskiego podziemia przedstawiając się jako supertajny reprezentant generała Władysława Sikorskiego. Miał dobrą „legendę” i był przekonywujący. Twierdził, że polskie podziemie jest infiltrowane przez Niemców, są zdrajcy – przede wszystkim w polskim wywiadzie który pracuje „na dwie strony”, a jego, Baczewskiego, zadaniem jest to wszystko rozpracować, by usunąć zdrajców.

Rzeczywistym celem było rozpracowanie i zadanie jak największych strat ZWZ-AK. Hammer – Baczewski zdołał przekonać grupę ludzi, w tym niektóre polskie strażniczki z Pawiaka, by złożyli mu przysięgę wierności! Ci ludzie, w większości w jak najlepszej wierze przekazali posiadane informacje. Przekazywali je faktycznie za pośrednictwem fałszywego agenta Niemcom.

Sytuacja była groźna. Leski i jego ludzie rozpracowali Baczewskiego, przy czym rozpoczęła się gra wywiadowcza. Po uświadomieniu niektórych współpracowników Baczewskiego w czym faktycznie wzięli udział, zaczęto za ich pośrednictwem przekazywać mu informacje fałszywe, choć wiarygodne, ostrożnie kierując niemieckie służby w ślepe uliczki. W końcu jednak sprawa zaczęła wychodzić na jaw.

Po przekazaniu informacji większość pozostałych przy Baczewskim ludzi wróciła na właściwą stronę. Na samym Hammerze zaś wykonano wyrok śmierci. Do czasu wybuchu powstania warszawskiego było mnóstwo działań wymierzonych w okupanta. Z ciekawszych, nie do końca do dziś wyjaśnionych były delikatnie prowadzone rozmowy z oficerami niemieckiego wywiadu i kontrwywiadu bądź policji. Nie były to w żadnym razie negocjacje lub tym bardziej współpraca.

Wśród rozmówców znajdowali się ludzie przekonani o zbliżającej się klęsce Niemców. Tacy, którzy w zawoalowany sposób proponowali np. układ: wy nam przez jakiś czas dacie spokój, a my wam też, moi przyjaciele w Berlinie zaakceptują takie rozwiązanie…

Niekiedy w grę wchodziły też kwestie ambicjonalne – robiący karierę Niemiec chciał za pomocą polskiego podziemia zaszkodzić bądź wyeliminować konkurenta. Odbywało się to na ogół półsłówkami, przenośniami. Na dowód poważnego podejścia do sprawy hitlerowski decydent był w stanie nawet zwolnić z więzienia członka polskiego podziemia.

Chodziło o to, by nie przekroczyć granicy współpracy z okupantem, jednocześnie uzyskać od niego jak najwięcej informacji, a przy tym wszystkim nie stracić polskiego uczestnika spotkań. I to się na ogół udawało. W każdej sprawie ważono – co i za co możemy otrzymać. Był to jednak zupełny , choć interesujący margines pracy wywiadowczej.

Tymczasem Leski uczestniczył także w akcji ratowania Żydów poprzez wydawanie im znakomicie podrobionych aryjskich dokumentów i przechowanie przez niezbędny czas w czyimś mieszkaniu. Później było Powstanie Warszawskie. Kazimierz Leski dowodził Kompanią Bradla (to jeden z jego pseudonimów). Jego oddział dokonał wielu bohaterskich czynów, m.in. opanowując w ciężkich walkach Plac Bankowy. Leski za bohaterstwo odznaczony został m.in. orderem Virtuti Militari i trzykrotnie (!) Krzyżem Walecznych.

Po upadku powstania Leski nie poszedł do niewoli. Wymknął się ze zrujnowanego miasta i wrócił do pracy konspiracyjnej . Wkrótce jednak Armia Krajowa została rozwiązana. Utworzono organizację Wolność i Niezawisłość oraz wiele innych, które łączył antykomunizm. Ale, jak wspominał po latach Kazimierz Leski, większość zmęczonych wojną ludzi pragnęło normalności – pracy , rodziny i nadziei że nikt ich nie ściga ani nie dybie na ich życie. Sam Leski pod zmienionym nazwiskiem przyjechał do Gdańska i zatrudnił się w będącej jeszcze częściowo w rękach sowieckich, stoczni.

Wkrótce jako jeden z nielicznych specjalistów został tu wicedyrektorem i bezskutecznie próbował przeciwstawiać się grabieży. Zależało mu szczególnie na zachowaniu olbrzymiej , superprecyzyjnej i niezwykle skomplikowanej obrabiarki. Sowieci jednak się uparli. A nie mogąc wielkiego urządzenia wydobyć z fundamentów w całości …przepiłowali je na dwie części. Oczywiście po tej operacji precyzyjna maszyna pracująca z dokładnością do mikronów nadawała się jedynie na złom.

Pierwszy raz został aresztowany kilka tygodni później. Prawdopodobnie funkcjonariusze UB nie do końca wiedzieli z kim mają do czynienia. Leskiego wsadzono do ciężarówki. Obok usiedli funkcjonariusze z karabinami. W zrujnowanym Wrzeszczu Leski wykorzystał moment nieuwagi konwojentów i wyskoczył. Ubecy zaczęli strzelać. W zasadzie nie miał szans. Do momentu, gdy w kierunku ubeckiej ciężarówki nie został otworzony gwałtowny ogień z karabinów i broni maszynowej. To strzelali żołnierze z pobliskiej jednostki wojskowej( jeszcze parę lat temu była tam siedziba „Niebieskich Beretów”). Myśleli że to atakuje Wehrwolff.

W Gdańsku przebywało jeszcze sporo Niemców. Ubecy przestali się interesować zbiegiem i jak najszybciej odjechali, zwłaszcza, że do akcji została włączona armata. Kilka miesięcy później Leski został po raz kolejny aresztowany. Urząd Bezpieczeństwa miał dobre informacje. Niektóre pochodziły od dawnych żołnierzy podziemia, sądzących, że ratują swoich kolegów.

Chcąc wrócić do normalnego życia i licząc na słowność i honor komunistycznych władz, ujawniali się. Okłamywani ujawniali także kolegów. Być może ktoś ujawnił Leskiego. Skazany został na sześć lat za zbrojny opór wobec władzy ludowej, a po upływie kary na kolejne dziesięć za – co za ironia! – współpracę z hitlerowskimi Niemcami. Funkcjonariusze komunistycznej bezpieki usiłowali zmusić go do współpracy i „sypania” żołnierzy Armii Krajowej.

W wyniku tortur stracił zęby i częściowo słuch. W pewnym momencie zaczął czuć, że może nie wytrzymać , że po katowaniu i braku snu oraz kolejnym karcerze może nie wytrzymać i podpisać dosłownie wszystko.

Znalazł rozwiązanie. Schodząc w asyście funkcjonariuszy po schodach więzienia, rzucił się w dół w miejscu, gdzie nie było siatki zabezpieczającej między piętrami. Celował tak, by spaść na głowę, by się zabić. I spadł na głowę. Nabił sobie jednak tylko potężnego guza i odnowił stare uszkodzenia kręgosłupa.

To, że przeżył dodało mu sił. Nie załamał się…Wyszedł przed czasem w wyniku zmian politycznych po śmierci Stalina. Odsiedział niemal dziesięć lat. Sąd przyznał mu nawet odszkodowanie. Zamiast pełnej kwoty, otrzymał jej część i list od premiera Cyrankiewicza, że resztę odzyska, kiedy poprawi się sytuacja gospodarcza kraju. Niestety, do śmierci Leskiego najwyraźniej się nie poprawiła, żadnych pieniędzy nie dostał.

Zajął się pracą inżynierską. Zafascynowała go informatyka. Próbował, z coraz lepszym skutkiem, stworzyć tzw. język maszyn cyfrowych. Chodziło między innymi o wzajemne „porozumiewanie się” komputerów, co w sposób gwałtowny przyspieszyłoby ich działanie i dało nowe, niespotykane wcześniej możliwości.

Po latach coś podobnego wykorzystuje prawdopodobnie światowy system monitoringu łączności (supertajny zarządzany z USA) znany jako Eszelon. Niestety, ktoś z przełożonych Leskiego przypomniał sobie o jego”burżuazyjnej” przeszłości i…rozwiązał jego zespół. Kazimierz Leski jest autorem ponad stu pięćdziesięciu wynalazków. Pod koniec życia zapomniany mieszkał z żoną w maleńkim mieszkaniu w obskurnym bloku w Warszawie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.