Dowódca papieskiego okrętu

11 Cze

Jest i pozostanie jedynym w historii oficerem Marynarki Wojennej, który gościł Jana Pawła II na okręcie pod biało-czerwoną banderą. Komandor porucznik Dariusz Przedpełski, dowódca trałowca „Mewa” równo 26 lat temu – 11 i 12 czerwca 1987 roku, podczas pierwszej papieskiej pielgrzymki Papieża na Wybrzeże, prowadził okręt z dostojnym gościem z Gdyni do Sopotu i następnego dnia do Gdańska. Dla emerytowanego dziś oficera to wciąż żywe i cenne wspomnienie.

26 lat temu strony przygotowujące papieską pielgrzymkę ustaliły, że po mszy i spotkaniu z ludźmi morza na Skwerze Kościuszki w Gdyni, Jan Paweł II przepłynie okrętem Marynarki Wojennej do sopockiego mola, skąd uda się do papieskich apartamentów w Oliwie i następnego dnia także okrętem przepłynie na spotkanie z młodzieżą na Westerplatte. Wybór padł na ORP „Mewa”. Z emerytowanym oficerem, komandorem Przedpełskim, rozmawiamy w jego helskim mieszkaniu. Z Helem wiąże się jego cała marynarska służba, tutaj była także baza papieskiej „Mewy”. Okręt istnieje do dzisiaj, gruntownie zmodernizowany, wchodzi w skład elitarnych sił przeciwminowych NATO.

dowodca papieskiego okretu

Panie komandorze, ćwierć wieku temu nieoczekiwanie wszedł Pan ze swoją załogą na karty historii. W jaki sposób dowiedział się Pan o tej wyjątkowej misji?
Nie mieliśmy pojęcia, że Marynarka Wojenna będzie miała udział w tej pielgrzymce. Gdy na przełomie lutego i marca wezwał mnie dowódca dywizjonu i poinformował o tym zadaniu, o tym że będę gościł na okręcie Papieża, nie mogłem uwierzyć. To było tak nieoczekiwane, że długo musiałem oswajać się z tą myślą. Byłem szczęśliwy, ale też czułem ogromną odpowiedzialność. To były wprawdzie zupełnie inne czasy, ale wielkość Jana Pawła II była dumą praktycznie wszystkich Polaków.

Dlaczego wybór padł na „Mewę”?
Trałowiec, ze składu ówczesnej floty był chyba najbardziej podatny na adaptacje do tak nietypowej misji. Dostatecznie duży i bezpieczny, a jednocześnie na tyle zwrotny, by bez kłopotów poradzić sobie np. w wąskim kanale Motławy przy Zielonej Bramie. A dlaczego akurat „Mewa”? Nie chwaląc się, zdobywaliśmy kilkakrotnie miano przodującego okrętu. Miałem świetną załogę, doceniono także moje kwalifikacje profesjonalne. Nigdy nie należałem do PZPR – zatem to nie ideologia decydowała.

W jaki sposób okręt przygotowano do nietypowej roli?
Natychmiast po decyzji kompletnie nas rozbrojono. Amunicja, miny, bomby głębinowe, trały złożyliśmy na Helu. Po przejściu do stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni dopiero zaczęli niszczyć mi okręt. Zdemontowano całą artylerię, windy, wszystko co mogło przeszkadzać czy stwarzać potencjalne zagrożenie. Wszechobecni funkcjonariusze BOR-u chcieli nawet wyrzucić butle ze sprężonym powietrzem. Dopiero interwencja mechanika, który wytłumaczył im, że bez nich nie jest w stanie uruchomić silników, trafiła im do przekonania. Stoczniowcy cięli, spawali, demontowali, montowali. Na dziobie znalazł się specjalny podest, na którym stanęły fotele typu lotniczego zdemontowane z wodolotów, w tym jeden podwójny dla Papieża. Prace prowadzono równolegle na bliźniaczym trałowcu o numerze „618”, który miał być rezerwą na wszelki wypadek.

Czy interesowały się wami służby informacyjne?
Oczywiście gruntownie nas prześwietlono – od Dowództwa Marynarki przez WSW i kontrwywiad. Ale sensacji nie było. Z pokładu zeszło 3 marynarzy, tak że miałem do dyspozycji praktycznie całą swoją wypróbowaną załogę.

Nadszedł wreszcie ten dzień – 11 czerwca 1987 roku – msza święta, spotkanie z ludźmi morza na Skwerze Kościuszki.
Staliśmy za rufą „Błyskawicy” w pełnej gotowości. Bandera, proporce, wielka gala banderowa, oczekiwanie. W pewnym momencie orientuję się, że wszystko się opóźnia. Ceremoniał morski nakazuje o zachodzie słońca opuścić banderę, galę banderową, proporce. Okręt pozostanie „goły”. Melduje o problemie przełożonym na „Błyskawicy”. Lekka panika, co robić? Oni z kolei konsultują się wyżej i po chwili jest decyzja: zostawić wszystko! W ten sposób udało nam się powtórzyć odkrycie Kopernika – zatrzymać słońce, opóźnić zachód.

Orientujecie się w końcu, że za chwilę to wy wkraczacie na scenę.
W napięciu byliśmy cały czas. Wreszcie widzimy orszak papieski zbliżający się do okrętu – Papież ubrany w czerwoną pelerynę. Załoga w paradzie burtowej, stoję i salutuję. W pewnej chwili naszła mnie jakaś słabość, krew odpłynęła mi z głowy. Palcami salutującej dłoni nieznacznie podnoszę daszek czapki. Powiew świeżego powietrza ratuje mnie, dochodzę do siebie. Inaczej chyba bym zemdlał – to by dopiero była sensacja! Ale spięty byłem w dalszym ciągu. Papież pierwszy wszedł na trap – „Witam Waszą Świątobliwość” – recytuję. Papież kieruje się w stronę dziobu. Za nim wchodzi kardynał Macharski. Wyciąga rękę, wita się ze mną i mówi – „Macharski jestem, z Krakowa” – ten gest, takie zwykłe słowa sprawiły, że zeszło ze mnie całe napięcie. Dalej wiedziałem już doskonale, co robić. Odcumowanie, opuszczamy wreszcie galę banderową, proporce, bandera pod saling, podobnie jak specjalny proporzec papieski. Przejście do mola w Sopocie około 25 minut. Morze spokojne, bez niespodzianek. Po zacumowaniu zbiegam do trapu, żegnam gości. Pierwsza część zadania za nami.

W Sopocie staliście przez noc?
Tak, bo rano mieliśmy przewieźć Papieża na Westerplatte. Od godz. 5.00 okręt w gotowości, przygotowany do wyjścia w morze. Około 7.00 ruszyliśmy i znowu blisko 25-minutowe spokojne przejście i tuż przed dojściem do nabrzeża problem. Papież wstał ze swojego miejsca i poszedł na dziób, żeby pozdrowić zgromadzone tłumy. Stoi między cumami przygotowanymi do podania na ląd. Nerwowo. Jak nie rzucę cum w odpowiednim momencie, to prąd postawi okręt w poprzek kanału i wstyd na całą Polskę! Na migi próbuję coś przekazać moim na dziobie. Zimnej krwi nie stracił bosman okrętowy, chorąży Michał Golec. Podszedł do Papieża i tu do końca nie wiem, czy coś szepnął, czy wykonał tylko gest, po którym Papież zorientował się i wycofał. Cumowanie przeprowadziliśmy wzorowo. Znowu zbiegam z pomostu, 6 trapowych oddaje świst trapowy należny głowie państwa. Oglądaliśmy całe spotkanie z młodzieżą na Westerplatte w telewizji. Ostatnim etapem naszej misji było przejście kanałami pod Zieloną Bramę. Tutaj Papież pożegnał się ze mną, podziękował. Słów nie pamiętam, bo jednak w dalszym ciągu byłem w wielkim napięciu.

Jak dzisiaj wspomina Pan tamte dni, tamtą misję?
To było dla mnie bardzo ważne. Dla całej mojej rodziny. Jestem szczęśliwy, że to mnie przypadł w udziale taki zaszczyt. Przez dwa dni gościłem u siebie Papieża! Wiem, że po wejściu na okręt w Gdyni był przez chwilę w mojej kabinie, umył ręce, przeczesał się. Był mi odtąd o wiele bliższy. A wie Pan, przed rejsem przyniesiono na okręt dwa specjalne papieskie proporce, znak obecności na pokładzie Papieża. „Mewa” niosła taki proporzec pod salingiem. Po zakończeniu misji przyszli odebrać proporce. Powiedziałem, że jeden gdzieś zaginął. Mam go do dziś jako bardzo cenną pamiątkę. Wywieszam na balkonie podczas wszelkich świąt. Dostaliśmy także różańce, natomiast kartę z wpisem Papieża w kronice okrętu ktoś wyrwał. Może się jeszcze odnajdzie? Tak, tamte dni wracają do mnie bardzo często.

Panie komandorze, o kapitanach statków handlowych czy dowódcach okrętów mówi się, że są „pierwszymi po Bogu”. Jak to było w przypadku pańskiej misji?
No tak, wie Pan, nigdy o tym tak nie myślałem. Faktycznie trzeba by się zastanowić, ale to oczywiście tylko żart. To jednak Jan Paweł II był naszym Ojcem Świętym….

Komandor porucznik Dariusz Przedpełski, absolwent Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej – promocja w 1974 roku. Z Marynarki Wojennej odszedł po 30 latach służby, z czego 18 przesłużył na trałowcach bazujących na Helu. Z Helem związał całe swoje zawodowe życie, mieszka tutaj do dziś. Wspomina czasy świetności helskiej bazy i boleje nad upadkiem naszej Marynarki Wojennej. – ”Patrzę na ten nasz port i płakać się chce, ile okrętów tutaj stało, był ruch…”. Po przejściu w stan spoczynku pracował jeszcze jakiś czas jako pracownik cywilny, służąc Marynarce swą wiedzą i doświadczeniem. Niestety po redukcjach przestał być potrzebny. Państwo Przedpełscy wychowali 4 dzieci. Najstarsza córka w Rotterdamie uczy angielskiego, syn po ekonomicznych studiach w USA pracuje w Nowym Jorku, dwaj młodsi synowie studiują w Polsce. W Helu stanął staraniem byłych marynarzy krzyż i pamiątkowe kamienie upamiętniające wyjątkową misję ORP „Mewa” i komandora Dariusza Przedpełskiego.

One Reply to “Dowódca papieskiego okrętu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.