D.O.A.: pożegnanie w świetnym stylu (FOTO)

27 Paź

Piątkowy wieczór w klubie B90 przyniósł kolejną, po Deuterze i Buzzcocks, konfrontację klasyki punku polskiego oraz zachodniego. Na scenie zaprezentowali się kończący karierę Kanadyjczycy z D.O.A., poprzedzeni przez reaktywowany dwa lata temu TZN Xenna.

TZN Xenna to doskonały przykład wywodzących się z wczesnych lat 80-tych punkrockowców, którzy (co prawda w częściowo odmłodzonym składzie) całkiem nieźle odnajdują się we współczesnej rzeczywistości. Koncert grupy dowodzonej przez charyzmatycznego Krzysztofa „Zygzaka” Chojnackiego był zresztą swego rodzaju zderzeniem nowego ze starym: zabrzmiały klasyczne utwory, osadzone głęboko w ponurych realiach PRL-u („Paranoja ‘81” czy sztandarowe „Dzieci brudnej ulicy”), uzupełnione o komentujące działania współczesnych mediów piosenki takie jak „Pralka” i „Chcę to zobaczyć”. Kompozycje te zwiastowały nadchodzącą drugą płytę studyjną, „Czart PRL-u”.

Krzysztof „Zygzak” Chojnacki jako Doktor Zbrodnia (fot. J. Sopiński)
Krzysztof „Zygzak” Chojnacki jako Doktor Zbrodnia (fot. J. Sopiński)

Chociaż teksty wykonywanych przez grupę numerów nie należały do najweselszych, podczas występu nie zabrakło humorystycznej wstawki w postaci „Kałasznikowa”. Wokalista wkroczył wówczas na scenę uzbrojony w karabin i maskę seryjnego zabójcy, wcielając się w mroczne alter ego: Doktora Zbrodnię. Trudno się dziwić: nie od dziś wiadomo przecież, że przekaz piosenki dobrze wzmocnić o wymowny (w tym przypadku aż nazbyt wymowny) element wizualny.

D.O.A. przyjechała do Gdańska w ramach pożegnalnej trasy (zakończenie kariery związane jest z działalnością polityczną wokalisty, Joeya Shithead’a). Na szczęście panowie udowodnili, że potrafią żegnać się z prawdziwą klasą: jak na skład z 35-letnim stażem, z całą pewnością nie brakuje im wigoru. Cały występ został zdominował oczywiście Shithead, któremu formy pozazdrościć mógłby niejeden dużo młodszy kolega po fachu. Pod tym względem Kanadyjczyk przypominał (a nawet przewyższał) grającego w tym samym miejscu zaledwie tydzień wcześniej Steve’a Diggle’a z Buzzcocks.

Joey Shithead (fot. J. Sopiński)
Joey Shithead (fot. J. Sopiński)

Trio narzuciło zabójcze tempo, podtrzymywane podczas niemal całego koncertu. Jedynym wyjątkiem, pozwalającym na moment ochłonąć, był osadzony w konwencji reggae „War In The East”. Jak na pożegnanie przystało, nie zabrakło klasyków z najsłynniejszego, wydanego w 1980 roku albumu „Something Better Change”, takich jak „World War 3” czy „The Enemy”. Zespół pozostał na scenie zaledwie przez godzinę, ale był to czas wykorzystany do maksimum. Kanadyjczyków bardzo gorąco przyjęła publiczność: doszło nawet do sytuacji, kiedy na krótką chwilę jeden z fanów wdarł się na scenę, stając za mikrofonem basisty, Dana Yaremko. Jedynym elementem, którego zabrakło w niemal idealnej układance, była bardzo przeciętna frekwencja, co wytłumaczyć można słabą popularnością grupy w naszym kraju. Na szczęście nie przeszkodziło to obecnym w doskonałej zabawie przy bardzo dobrym (jak zawsze w tym miejscu) nagłośnieniu.

belka-galeria2

>>>Dowiedz się więcej o jesiennych koncertach w klubie B90<<<

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.