Odetną nam Internet

14 Mar

Każdy z nas chociaż raz w życiu popełnił przestępstwo, świadomie lub nie. Mowa o plikach pobieranych codziennie z Internetu, często chronionych prawami autorskimi. Wkrótce ma się to skończyć. Za sprawą systemu CAS, nad którym pracowano ostatnie lata.

CAS, czyli Copyright Alert System, to rozwiązanie, które – zdaniem twórców i właścicieli praw autorskich do utworów, które potencjalnie mogą stać się łupem internetowych piratów – ma skutecznie przeciwdziałać sieciowym „złodziejom”. System miał wejść w ubiegłym roku w USA, jednak sporo dostawców Internetu było przeciwnych. Dwa tygodnie temu wszystko stało się faktem. Amerykanie jako pierwsi na świecie wprowadzili pilotażowy program ostrzegania internautów, którzy rozpowszechniają w sieci pliki, których nie są właścicielami, autorami.

Organizacja zarządzająca systemem jest zdania, że całe przedsięwzięcie nie ma na celu karania, ale podjęcie działań prowadzących do edukowania internautów w zakresie poszanowania praw autorskich. W skrócie wygląda to tak, że system ostrzega użytkownika o naruszeniu przez niego praw autorskich. Jeżeli zignorujemy sześciokrotnie taki sygnał, operator zmniejszy nam prędkość łącza. W zamyśle są także inne rozwiązania, jednak tak właśnie ma przebiegać „proces”.

Zaglądając od kuchni, cały system wygląda na bardziej skomplikowany. CAS polega na współdziałaniu operatora internetowego oraz organizacji, które zarządzają prawami autorskimi. Zadaniem tych drugich ma być monitorowanie sieci P2P i informowanie tych pierwszych o potencjalnym naruszeniu prawa. Ci z kolei informują internautę o łamaniu prawa, dając jednocześnie wskazówki w jaki sposób pliki pobierać legalnie.

Patrząc na powyższe, zdawać się może, że w krótkim czasie wszystkim wyłączą Internet. Przecież każdy coś tam ściąga. Problem w tym, że większość nie czerpie z tego korzyści materialnych. System „bierze” to pod uwagę. Działania mają być skierowane na czynności, które ewidentnie wskazują na wzmożone korzystanie z sieci P2P.

Wielką niewiadomą pozostaje czy internauci będą musieli liczyć się z procesem sądowym. Mowa o recydywistach. Twórcy programu podkreślają mocno: nie karzemy, lecz edukujemy. Jeżeli użytkownik stwierdzi, że został niesłusznie posądzony, wystarczy, ze skasuje plik, który ściągnął. Wracając do „recydywistów” – im również będzie przysługiwało odwołanie, ale po uiszczeniu 35 dolarów. Jak to ostatecznie będzie działać, pokaże rozpoczęty test systemu.

Wszystko jakby fajnie, pozytywnie. Nie ma kar, jest nauka. Podobne działania w przeszłości pokazują jednak, że jakiekolwiek batalie z piractwem kończą się zawsze „obejściem”. Na to samo zwracają uwagę media w Stanach. Chodzi o to, że w tej formie system jest zbyt prosty do obejścia. Biorąc pod uwagę fakt, iż dane o piratach są namierzane na podstawie IP przez samych twórców, wystarczy korzystać z proxy lub serwera VPN, by ominąć system.

Pod znakiem zapytania staje także istnienie publicznie dostępnych hot spotów. Jakby nie patrzyć, każde miejsce publiczne oferuje bezpłatny dostęp do Internetu. Takie miejsca będą wykorzystane do ściągania nielegalnych plików, nawet na potęgę. Center for Copyright Information, czyli twórcy systemu uważają, że obawy są bezpodstawne.

Ile trwać będą testy, niewiadomo. Kiedy system będzie obowiązywał, jeżeli w ogóle będzie, też niewiadomo. Sama forma zdaje się mimo wszystko swobodnie korzystać z zasobów internetowych, jednak czy do końca? Nie łatwiej jednak by było obniżyć ceny oryginalnych płyt z muzyką czy filmem? Nie jest tajemnicą, ile naprawdę kosztuje produkcja takiej płyty, by zobaczyć jak bardzo autorzy przeginają z ceną finalnego produktu. Dziś USA, jutro Europa i reszta świata? Czas pokaże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.