Max Bałtycki Wielki

24 Cze

”Podbój Bałtyku na desce” nie miał prawa się powieść. Ale – na szczęście – wbrew okolicznościom Max Wójcik (UKS Kotwica Gdynia) przepłynął Bałtyk i dopiął swego. Dzięki determinacji, umiejętnościom, sile woli i roli trenera kadry olimpijskiej Australii.

Piszę te słowa z pozycji człowieka, towarzyszącego Maxowi od początku. Znam go od kilku lat i zawsze jawił mi się jako gość pozytywnie zakręcony pod każdym względem. Kiedy więc usłyszałem, że zamierza pokonać Bałtyk z Karlskrony do Gdyni – specjalnie mnie to nie zdziwiło.

Max Wócjik szkoli młodych deskarzy w Karlskronie
Max Wójcik szkoli młodych deskarzy w Karlskronie

Max wyznaczył datę. Wypadała akurat w organizowane co roku przez Gdynię Święto Morza, czyli 18-22 czerwca. Sęk w tym, że za organizację przedsięwzięcia zabrał się dopiero na trzy miesiące przed terminem. Logistyka, transport sprzętu, załatwienie bazy pobytowej w Szwecji, pozyskanie sponsorów dla sfinansowania projektu, mobilizacja służb (SAR i Straż Graniczna), o takich drobiazgach jak wysyłanie promem Stena Line telefonu satelitarnego nie wspominając – wszystko wymagało czasu. Czasu, który upływał nieubłaganie. Ale powiodło się! Dzięki operatywności Jurka Jałoszewskiego, byłego, wieloletniego dyrektora Gdyńskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji – człowieka, który na organizacji imprez sportowych zjadł zęby.

Teraz wystarczyło się jedynie modlić o sprzyjające wiatry. Czterodniowe widełki na start z Karlskrony Max ustalił sobie nieprzypadkowo – trafić w dobre okno pogodowe to jak wygrać los na loterii. Dlatego gdyński deskarz dał sobie na odpalenie cztery dni. Aż cztery i tylko cztery.

Najpóźniej 23 czerwca musiał się pojawić w kraju i szykować do wyjazdu na windsurfingowe Mistrzostwa Europy we Francji. Pół biedy, gdyby chodziło o jego występ. Max nie mógł zawieść trójki swoich australijskich podopiecznych, które przygotowuje do igrzysk w Rio de Janeiro!

Niestety, prognozy nie tylko nie napawały optymizmem. Wręcz nie dawały nadziei na start! Wiatru, którego Max potrzebował jak ryba wody, wiało tyle co kot napłakał. Wreszcie pojawiło się zielone światło od meteorologa, pozostającego w stałym kontakcie z zawodniiem UKS Kotwica. Jednak nie o 3 nad ranem, jak chciał Max, a o 17. A to oznaczało, że lwią część rejsu przyjdzie płynąć w środku nocy.

Dobrze, że udało się przełamać barierę, która tkwiła w głowie Maxa i dopuszczała start tylko w godzinach porannych – przyznawał Marek Zwierz, meteorolog z Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie.

Wójcik ruszył z Karlskrony w piątek, 21 czerwca o 17. Na najlepsze warunki do żeglowania trafił niemal na środku morza – od 1 w nocy do 5 rano gnał z prędkością niemal 40 km/h, czyli ok. 20 węzłów.

Chwilami z pola widzenia tracił Maxa nasz pokładowy radar – śmiał się Chris Scott, sternik riba – łodzi, wyposażonej w dwa silniki o mocy 300 koni, asekurującej gdynianina.

Max Wójcik
Max Wójcik

To bylo coś niesamowitego. Super wiatr, ciepła noc i towarzyszący mi księżyc. Brzmi jak bajka, ale okoliczności były naprawdę iście bajkowe – opowiadał Max.

Schody zaczęły się dopiero blisko Półwyspu Helskiego. Wiatr osłabł, trzeba było chwycić za bom i pompować, włożyć mnóstwo wysiłku fizycznego. Max, mimo morderczego zmęczenia, zacisnął zęby i nie odpuścił. W zasięgu wzroku miał ląd, a w głowie kłębiły się myśli: żeby coś sobie udowodnić i nie zawieść najbliższych.

Z ciszą na morzu walczył prawie 6 godzin! Sms-y, wysyłane z łodzi asekuracyjnej przez ratownika gdyńskiego WOPR-u, Kubę Friedenbergera wciąż informowały, że flauta, że Max strasznie się męczy, że potrwa to jeszcze co najmniej kilka godzin, zanim dotrze do plaży w Gdyni.

Ekipa Maxa: sternicy riba i ratownicy WOPR-u
Ekipa Maxa: sternicy riba i ratownicy WOPR-u

Minęli Hel, wpłynęli na Zatokę Gdańską i wówczas sytuacja zmieniła się diametralnie: powiało i to solidnie! Max w ciągu pół godziny przemierzył trasę od półwyspu do upragnionego brzegu, gdzie plażowicze, fani i przyjaciele zgotowali mu gorącą owację.

O randze i skali przedsięwzięcia trzykrotnego mistrza świata w windsurfingowej klasie Raceboard niech świadczą fakty:

– jest pierwszym na świecie człowiekiem, który na desce z żaglem przepłynął Bałtyk

– zamiast planowanych 300 km, pokonał dystans zdecydowanie dłuższy – blisko 370 km!

– rejs trwał 21 godzin

– aż do Półwyspu Helskiego Max Wójcik nie odpoczywał

Chapeau bas, Max!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.