W królestwie łosi i kartaczy

22 Cze

W tym roku postanowiłem, że zerwę film gdzieś, gdzie jeszcze mnie nie było. Począłem rozmyślać, gdzie można by niedrogo i w pięknych okolicznościach natury wypić coś niecoś i powędkować. Na każdej z sześciu małych karteczek napisałem nazwę jednego wakacyjnego miejsca, gdzie chciałbym się wybrać. Wypisałem chorwackie Split i Trogir, egipską Gizę, francuską Tuluzę i Marsylię. Dla hecy napisałem też wschodnią Polskę. Na innych karteczkach transport. Wrzuciłem karteczki do dwóch naczyń i zacząłem losować.

I robiłem to tak długo, aż wypadły „wschód Polski” i „auto”. Przyznam się od razu, że to był mój typ, zwłaszcza że na inny nie miałem kasy. Niewiele brakowało, żebym poleciał do Francji.

Spontanicznie zapakowałem do bagażnika namiot, otwieracz do piwa i korkociąg. Upchnąłem jeszcze wędkę, buty i żonę i dalej w trasę! Najpierw trafiliśmy do Rapy na Mazurach. Zobaczyłem drogowskaz „Piramida w Rapie”, a zatem nadarzyła się okazja, żeby liznąć też trochę Egiptu. Fantastyczne miejsce – grobowiec. I na dodatek nie sprzedawali tam piwa, tylko miód. A wiadomo, że miód ma za wiele witamin i zdrowych składników, by mógł rywalizować z browarem. Dostrzegłem przy leśnej drodze ostrzegawczy znak „Psie zaprzęgi” – zacząłem więc wypatrywać funkcjonariusza z lizakiem. Jadąc wolno i ostrożnie trafiliśmy w końcu do Republiki Ściborskiej. Przy wjeździe szlaban graniczny i tablica informacyjna, że na terenie republiki nie wolno pić, palić i przeklinać. W obawie przed Służbą Celną opróżniłem kieszenie, żeby nie przymknęli mnie za przewożenie dragów przez granicę. Okazało się, że republika to zagroda, gdzie żyją państwo Morszczynowie i są mega zajawkowiczami. Mają 50 psów pociągowych, wystawę kultury indiańskiej i inuickiej (eskimoskiej), a także dom na skraju puszczy, pod który przychodzą łosie, żubry i wilki. Na słowo „żubr” od razu zapaliła mi się lampka w głowie i oddałem żonie kluczyki od auta. Od razu rozbolała mnie głowa – na szczęście ból ustąpił przy pierwszym sklepiku w Ściborkach, gdzie lodówka działała, a piwo było puszczańskie.

piramida w rapie

Okazało się, że przez zwiedzanie pseudo Egiptu i raczenie się żubrem minęła znaczna część dnia. Zawitaliśmy do Gołdapi i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Nadarzyła się okazja do obejrzenia pierwszej połowy inauguracyjnego meczu Euro. Drugą opowiedział nam Tomasz Zimoch, gdy zjeżdżaliśmy w stronę Suwałk. Patrząc na mapę przez dno butelki, przypadkiem zobaczyłem, że jedziemy wzdłuż Rospudy. Rozkazałem zatrzymać powóz, stanąłem nad brzegiem ruczaju i przyglądałem się tej dziko meandrującej rzece. Kiedy już skończyłem sikać, postanowiłem, że tutaj właśnie zostaniemy na noc. Nieopodal znalazło się pole namiotowe nad jeziorem, z pięknym pomostem i grillem. Po całonocnym łowieniu cholernie zaschło mi w ustach. Był to znak, że trzeba ruszać dalej. Do sklepu.

polska

Ktoś ukuł wyrażenie Polska B, że niby wschodnia Polska biedna i dziurawa. Guzik prawda. Może Floryda to nie jest, ale po tak dobrych drogach powiatowych, jak żyję, nigdy nie jeździłem. Godnie i bez wybojów dojechaliśmy do Augustowa, gdzie przyszedł czas, by zamiast kaszanki z grilla zjeść solidny obiad. Solidny, bo bardzo kaloryczny, ale smakiem przebijający nawet najlepszego schabowego. Kartacze to odkrycie, które długo będę wspominał ze śliną cieknącą po brodzie. Wschodnia kuchnia święci triumfy. Po spacerze chcieliśmy zobaczyć coś jeszcze. Wpadliśmy więc do Sokółki, gdzie, poza wspaniałą cerkwią, w markecie zobaczyłem co chciałem – Warka Radler – żółta, delikatna, po prostu pyszna. Poczułem się jak ktoś wyjątkowy. Na Pomorzu jeszcze nikt nie pił radlera, a ja już tak, po przekroczeniu sklepowego progu. Dowiedzieliśmy się, że w okolicy nie ma jezior ani pól namiotowych, ale nad zbiornikiem w żwirowni z pewnością znajdziemy spokojne miejsce na nocleg. Rzeczywiście, miejsce, w którym spędziliśmy noc, było genialne. Zaintrygowany bliskością przyrody poczułem odzywający się we mnie zew natury. Następny punkt docelowy – Białowieża. Nie mogłem odmówić sobie zobaczenia meczetu i meziru w Bohonikach. Przywitała nas bardzo rubaszna, starsza pani, która opiekuje się tamtejszym meczetem i przedstawia historię tatarskiej miejscowości.

białowieża

Po drodze urokliwa Supraśl z kartaczami tak pysznymi, że w rankingu Top 3 zajmują pierwszą pozycję. Po raz drugi znalazłem Warkę Radler – yuppii yaa yeeey. Szczęśliwy! Zahaczyliśmy jeszcze o Białystok. Piękne, wielkie miasto. Co prawda zobaczyliśmy tylko starą część Białego, na patologiczną zabrakło już czasu. Uzupełniliśmy zapasy żywieniowe o sześć lidlowskich bronków oraz ichnią kaszankę. Kolejny przystanek – jezioro Siemianowskie.

Gdy przekroczyliśmy Narew, zaskoczyła nas nawałnica. Burza i deszcz zmusiły alkopodróżników do znalezienia konkretnego noclegu. Uciekliśmy znad jeziora i dotarliśmy w okolice Narewki. Pomimo późnej pory gospodarze agroturystyki Bora Zdrój pozwolili nam zostać na noc. Koszt od osoby 25 złotych. Wytargowałem na 20 zł. Rano obejrzałem jeszcze całą posiadłość w towarzystwie gospodarza. Opowiadał o podchodzących do gospodarstwa żubrach, wilkach i łosiach. Powiedział też, że najgroźniejszym zwierzem w puszczy jest właśnie łoś – super ktoś. Podobno zdarzyły się wypadki zadeptania nieostrożnego człowieka przez tego jeleniowatego, parzystokopytnego. To ci psikus, bo zawsze myślałem, że łosie to takie leśne pizdy, które chodzą po bagnach i żrą wszystko.

żubr

Byłem nieźle podjarany tą Białowieżą, że to niby taka naturalna enklawa. Guzik, wszędzie pokoje, hotele i restauracje. Turystyczna wioska na skraju wielkiego lasu. No niby dużo fajnych miejsc: pałace po rosyjskich carach, instytuty badawcze, hotele i pensjonaty, ale bez szału. Za to kawałek dalej w kierunku Hajnówki trafiliśmy do Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Super miejsce, zwłaszcza że było dość wcześnie, więc byłem jeszcze trzeźwy. Jak wcześniej napisałem – poczułem zew natury – toteż z wielką ochotą ruszyłem, żeby zobaczyć, co tam w trawie puszczy. Chciałem w końcu na własne oczy zobaczyć tego, który obsikuje źdźbła wkładane później do butelki, zalewanej bimbrem i sprzedawane na zachodzie jako Polish Bison Vodka. Okazało się, że rezerwat to zagrody z konikami polskimi, żubroniami(!), wilkami, rysiami, dzikami i łosiami. Zabrakło niedźwiedzia. Może białoruski reżim zamknął wszystkie w obozach? Tak czy owak piękne miejsce, w przeciwieństwie do Hajnówki. Mam wrażenie, że wjeżdżając do tego miasteczka, jednocześnie z niego wyjeżdżałem. Pipidówa, ale lody i kartacze mają kozackie. Pojechaliśmy w dalszą drogę, by w okolicy Białej Podlaskiej rozbić nasze tipi i oczywiście zobaczyć żubra w puszce. Wkręciliśmy się na teren wielkiej posiadłości z ogromnym stawem pełnym ryb. W towarzystwie Wojtka – bociana nielota i Misia – poczciwej labradorki, łowiłem ryby i obcowałem z żubrami – było ich 6. Po przebudzeniu akcja lumpeks w Konstantynowie i śniadanie na trawce w stadninie koni w Janowie Podlaskim. W tym bajecznym otoczeniu polski kawior (kaszanka) i konserwa turystyczna z pomidorem smakowały lepiej niż dania robione przez Magdę Gessler.

kartacze

Ostatnim punktem naszej wyprawy był Lubartów – polska stolica lumpeksów. Po raz pierwszy widziałem bijatykę kobiet, którym spodobała się ta sama para butów. Ceny hitowe – każdy łaszek w cenie mniejszej niż 10 złotych. Zatrzymaliśmy się na noc u ciotki mojej małżony. Załapaliśmy się też na mecz Polska – Rosja, który obejrzeliśmy w klubie Git Beat. Powrotu do domu nie pamiętam. Zmęczony byłem, jakby co! Następnego dnia wydaliśmy trochę grosza na ciuchy, obkupiłem się od stóp do głów. Nabyłem nawet jednoczęściowy dres, który wygląda jak kombinezon bobsleisty. Wieczorem byliśmy już w Trójmieście.

Podsumowując – wschodnia Polska jest wyjątkowa. Dzika natura, wspaniali, gościnni ludzie, przywiązani do tradycji. Żubry i łosie są niemal wszędzie, a tamtejsza kuchnia wygrywa we wszystkich kulinarnych konkurencjach. Tylko podlaskiego bimbru się nie napiłem! I to właśnie główny powód, żeby jeszcze kiedyś wrócić na Podlasie. Polecam spędzenie wakacji w Polsce, bo z pewnością wiele miejsc zachwyci Was równie mocno jak Split i Trogir, Giza albo Tuluza, z tą tylko różnicą, że z każdym się dogadacie, wydacie mniej kasy i nikt Wam nigdy nie wmówi, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.