Podchorąży zawsze zdąży

2 Sty

Dawno, dawno temu zdecydowałem się pójść do Szkoły Oficerskiej. Był to czas, gdy uczelnie wojskowe nie cieszyły się tak, jak wcześniej i później dużym powodzeniem, lecz z trudem organizowały tylu studentów (w szkołach wojskowych otrzymywali tytuł podchorążego), ile było miejsc.

Połowa z nas otrzymała na egzaminie wstępnym dwóje z matematyki, a co trzeci z wuefu. Ale dostaliśmy się chyba wszyscy. Facet z groźną miną poinformował nas, że mamy dwa tygodnie na poprawę, bo inaczej wylecimy na zbity pysk do służby zasadniczej na trzy lata i jeszcze będziemy musieli zwracać za egzamin i pierwszy rok studiów.

Trochę się wystraszyliśmy, ale gdy podczas kolejnego podejścia wyniki pozytywne z w/w przedmiotów otrzymało tylko dwóch z nas, a groźny facet dał nam następne dwa tygodnie – odzyskaliśmy spokój. Sytuacja jeszcze parę razy powtarzała się z podobnym skutkiem, a na koniec władze uczelni dały sobie z tym spokój. Studia wojskowe różniły się zasadniczo od cywilnych.

Byliśmy bowiem skoszarowani, i to w dwunastoosobowych salach. Po kilku tygodniach, gdy byliśmy już po przysiędze wojskowej, pojawiła się możliwość wyjścia, jednak tylko dla tych, którym udało się uzyskać jednorazową przepustkę. Wystawiana była do konkretnej godziny. Misterny plan odwiedzenia kumpli, dziewczyny lub knajpy mógł obrócić się wniwecz, gdy ktoś z przełożonych, komu się nudziło zaordynował alarm, czyszczenie broni albo cokolwiek innego, co uniemożliwiało wyjście z koszar.

Naszym wychowaniem i dbałością o światopogląd zajmowali się oficerowie polityczni. Oprócz normalnej nauki przedmiotów wojskowych i matematyki, angielskiego itd. , uczyliśmy się na pamięć regulaminów. Dzień zaczynał się od pobudki i zaprawy porannej. Mieliśmy codziennie przebiec dwa i pół kilometra. Kontrolował nas pomocnik oficera dyżurnego i podoficerowie. Stali na kolejnych etapach trasy biegu i sprawdzali liczbę biegnących. Jeden z nas, mianowany dowódcą drużyny, prowadził bieg zawsze paląc papierosa. Inny trzymał w majtkach gimnastycznych flaszkę kolorowej słodkiej wódki, z której od czasu do czasu łykał i dzielił się z innymi, na ogół bardzo powoli biegnącymi. Później była już tylko dyskusja, że zrobiliśmy dwanaście, a nie siedem okrążeń. Wszyscy o tym mogliśmy zaświadczyć. Przecież liczyliśmy.

Ćwiczyliśmy musztrę, mieliśmy 24-godzinne służby dwa lub trzy razy w tygodniu, codziennie sprzątaliśmy tzw. rejony, więc czas mieliśmy zajęty, a snu zbyt mało. Wykładowcy, przynajmniej niektórzy także zdawali się być przemęczeni. Podczas zajęć zobaczyłem jak część kolegów z tylnych ławek kładzie głowy na blatach stołów i zasypia. W końcu zasnąłem sam, mimo że siedziałem w pierwszej ławce. Po jakimś czasie obudziłem się i zaciekawiony rozejrzałem po sali. Spali wszyscy. Najgłośniej chrapał wykładowca, który mięsistą twarz oparł na blacie katedry.

Wspólne życie w dwóch dwunastoosobowych grupach umieszczonych w dwóch pomieszczeniach, wspólny wysiłek, kombinowanie jak wykiwać przełożonych ale także wspólna odpowiedzialność zbliżały ludzi, uczyły odpowiedzialności za innych i współpracy w grupie. Było to celowe działanie, mające wyrobić w nas cechy potrzebne w wojsku. Ale szybko wyszło na jaw, że niektórzy próbują iść inną drogą.

Donosicielstwo nie było rozpowszechnione, ale istniało. Inaczej nie mogliśmy sobie wytłumaczyć pewnych przykrych dla niektórych z nas spraw. Prowadzone przez nas śledztwo opierało się na poszlakach. Jednak jeden z nas typowany był już po krótkim czasie jako pewniak. Osobnik ten był ogólnie nielubiany, jakoś nie potrafił zaaklimatyzować się w grupie i nagiąć do wspólnych, niekiedy ryzykownych działań.

Okazja do zemsty nadarzyła się wkrótce. Siedzieliśmy na zajęciach z, o ile pamiętam, taktyki wojsk lądowych. Wykładowca ten był niezwykle, nawet jak na warunki uczelni wojskowej – srogi. Ale też przewidywalny. Stale podkreślał, że dla niego student może dzień przed egzaminem zabalować , nachlać się i zabawić z…koleżankami. Ale jak przyjdzie do niego , nawet na ciężkim kacu, bliski rzygnięcia na egzamin i odpowie na „pięć”, to te „pięć” dostanie. W wojsku – mówił – liczy się realizacja celów. Z dzisiejszej perspektywy, facet był może nieco zwichrowany ale ogólnie w porządku. Nie świnił, nie karał za coś czego nie było. Ale jak już było, to był naprawdę ostry. Najbardziej wściekał się gdy ktoś zasypiał na JEGO zajęciach. Za coś takiego można było trafić nawet do ancla. Dla nieznających terminologii ancel to wojskowe więzienie. Pobyt tam był przykry, gdyż pomieszczenie było zimne i wstawać trzeba było przed czwartą rano, by karmić świnie z wojskowej hodowli.

W każdym razie tak się jakoś stało że na JEGO zajęciach jakoś niepostrzeżenie zasnął DONOSICEL. Wykładowca w tym czasie z pasją zapisywał na wielkiej tablicy cyferki, rysował różnokolorowymi kredami linie frontu, zgrupowania wojsk, rodzaje oddziałów , kierunki ich natarcia i obrony. Śpiącego jeszcze nie zauważył. Ale zauważył go siedzący obok kolega. Lekko szturchnął go łokciem. Gdy ten obudził się przerażony usłyszał: spoko, chyba nie zauważył ale kazał ci zmazać tablicę…

Donosiciel wystrzelił ze swego miejsca jak z procy. Pobiegł do zapisanej do granic możliwości tablicy i zaczął na oczach osłupiałego wykładowcy likwidować JEGO dzieło. Ale to nie było proste. Gąbka była sucha. Pobiegł więc do zlewu , zmoczył ją i… poszło już łatwiej. Wojskowy wykładowca ocknął się ze stuporu, gdy z jego malunków została może jedna trzecia. Wykrzyczał wielokrotnie różne słowa na literę ,,ch”, „k” i „p” ale także „j” i „s”. Nie ma co, DONOSICIEL zrobił na nim wrażenie. Takie, że skierowany został na parę dni do ancla.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.