O tej, która lubi na ostro

3 Lis
Share on Facebook3Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Print this page

Czasem przychodzi dzień. Dzień zły i okrutny. Dzień, w którym trzeba zrobić pranie. Mnie ten dzień zastał akurat gdy byłem w sopockim akademiku numer 7. Zwykle w takiej sytuacji pomaga stara chińska technika koncentracji zwana „zrobię-to-później”. Technika jest skuteczna w stu procentach, ale ma jedną wadę – na dłuższą metę zawsze prowadzi do zwielokrotnienia problemu. Wobec anormalnie wysokiej góry ciuchów, musiałem zawiązać niekorzystny dla siebie sojusz z proszkiem, by uniknąć społecznego wykluczenia, będącego bezpośrednim następstwem syndromu „mam-na-sobie-brudne-ciuchy-czujesz-to?”

Przygotowałem swoje brudy na spotkanie z przeznaczeniem. Zszedłem do portierni i upewniłem się, jak wygląda sprawa prania. W akademikach Uniwersytetu Szczecińskiego, gdzie studiowałem wcześniej, nieprzyjemność prania kosztowała całe 7 zł – tyle co dwa piwa w lokalnym supermarkecie. Jakież było me szczęście gdy się okazało, że w Sopocie pranie jest za darmo! Pełna radość, powtarzając za Björk, „violently happy”. Ale jest haczyk, trzeba się wpisać na listę, chętnych zaś jest naprawdę wielu. Spojrzałem na zegar – 15.00. Jedyny wolny termin przypadał na 7:30 następnego dnia. – Dlaczego nie ma wolnych terminów? – pytam portierki. – Jest wielu chętnych, także z DS. 8, gdzie padła im ich jedyna pralka. – wyjaśniła z mrokiem w oczach.

Poczułem się jakbym znów był w latach 80. i jakby znów złowroga sprzedawczyni poinformowała mnie, że „na sklepie” jest tylko to co widać, czyli ocet i kurz. Po chwili konspiracyjnym tonem (upewniając się, że nie ma w pobliżu obcych uszu), powiedziała mi, że część studentów zapisuje się na pranie i potem nie przychodzi. Następnie obiecała dać znać, jeśli taka sytuacja się wydarzy. Podając jej numer pokojowego telefonu, poczułem się jak tajniak ze starego filmu szpiegowskiego. „Operacja czystka” – bo każda misja szpiegowska musi mieć ładny kryptonim.

Około 22.00 tego samego dnia mój telefon pokojowy zadzwonił. W słuchawce ten sam konspiracyjny głos poinformował mnie o wolnej pralce. Zareagowałem szybciej niż siły szybkiego reagowania. Minutę później już byłem na dole. Nie wiedziałem, wtedy jeszcze, że czeka na mnie kolejne wyzwanie.

Pralek naliczyłem trzy. Zupełnie niepotrzebnie, wszak jedna jest nieczynna od października, a złośliwi plotkarze mówią, że od Wielkiego Wybuchu. Bosh wyglądał zachęcająco, ale był zajęty. Zostało Ardo. Pierwszy zgrzyt: Jedyna sensowna instrukcja (w sensie po polsku) jaką znalazłem była kompletnie nieczytelna. Darowałem ją sobie. Na drugiej było już widać wszystko, ale niestety podpisy były po włosku. A tak chciałem chodzić na włoski, gdy byłem mały, akurat by się przydało! Wybrałem program na chybił trafił. Czas na zgrzyt numer dwa. Brak przycisku z oznaczeniem „start” wybił mnie z równowagi. Sięgnąłem więc po filozofię „naciskaj-cokolwiek”. Nie podziałało. Postanowiłem mówić do niej, obiecałem jej wakacje w Turcji. Zatańczyłem i zaśpiewałem. Pralka dalej milczała. Zdesperowany udałem się do portierni. Nie sądziłem, że wyduszenie z siebie słów „nie umiem włączyć pralki” będzie tak trudne.

A próbował pan kopnąć? – zaskoczenie wykrzywiło moją twarz w wyraz nieskończonej głupoty.

Portierka poszła ze mną do pralni. Mimo swej drobnej postury, wymierzyła upartej maszynie kilka solidnych kopnięć, dwa, może trzy ciosy pięścią i porządnie nią potrząsnęła. Po takiej perswazji pralka ze strachu (z zadowolenia?) ruszyła do pracy, aż miło było popatrzeć jak kręci bębnem i dolewa wody. Co tu dużo gadać, lubi na ostro.

Po ponad godzinie okazało się, że pralka zaprosiła mnie na kolejne spotkanie. Okazało się, że nie doprała kilku moich rzeczy. Menda jedna. No nic. Mając w pamięci słowa portierki – „Trzeba ją kopnąć” – wyposażyłem się w glany i kij bejsbolowy. Perwersyjne zwierze. Tak pikantnie jeszcze nigdy nie zaczynałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.