Bez pisków, zabawek i slalomu między wózkami – Child Free Zone, czyli strefa wolna od dzieci

25 Cze

Dyskusja nad wprowadzeniem stref wolnych od dzieci rozpoczęła się w Niemczech wraz z otwarciem restauracji, w której jedno z pomieszczeń przeznaczone jest tylko dla dorosłych. Zamiarem pomysłodawców nie było jednak ograniczenie dostępu nieletnich do treści dozwolonych od 18. roku życia, ale stworzenie miejsca, gdzie klienci, którzy nie życzą sobie obecności najmłodszych, mogliby w akceptowanym otoczeniu cieszyć się czasem spędzonym na spożywaniu posiłków. Restauracje i kawiarnie z Child-Free Zone powstają we wszystkich większych miastach Europy. Czy na terenie Trójmiasta można znaleźć taki lokal?

Piątkowe, marcowe popołudnie. Przyjemnie zatłoczona kawiarnia na ulicy Chlebnickiej w Gdańsku. Wnętrze lokalu wypełnia zapach świeżo parzonej kawy i aromatycznych herbat, a także przyjemna jazzowa muzyka. Jedynym zgrzytem w tej zdawałoby się czarującej atmosferze jest nieznośny jazgot dwóch dziewczynek w wieku od 3 do 5 lat, które wyrzucają całą zawartość z torebek swoich mam. Rozanielone rodzicielki śmieją się i klaszczą za każdym razem, kiedy na ziemię spada pognieciona chusteczka higieniczna, szminka do ust, klucze, a nawet telefon komórkowy. Obserwuję miny zakłopotanej obsługi kawiarni. Nerwowo rozglądają się po sali, oczekując na reakcję klientów. Mimo że większość obecnych robi wrażenie zmęczonych dwudziestominutowym dokazywaniem dziewczynek, nikt nie próbuje interweniować. Wybawienie przynosi telefon do jednej z mam, który sprawia, że cała czwórka zbiera się w pośpiechu i opuszcza lokal. Wszystko to, co było w torebce zbędne, zostaje na podłodze kawiarni. Niezadowolony kelner sprząta z podłogi kawałki kolorowych wycinanek, chusteczki, zużyte bilety.

Inna sytuacja ma miejsce kilka tygodni później w restauracji na ul. Długiej. Obok mojego stolika czteroosobowa rodzina świętuje awans trzydziestokilkuletniej córki, kilka stolików dalej starsze małżeństwo dyskutuje o obejrzanej w teatrze sztuce. Właśnie mam zabrać się do wyśmienitego deseru bananowego, kiedy odwodzi mnie od tego pojawienie się kilkuletniego chłopca, który zabiera z mojego stolika papierową serwetkę. Potem chowa się gdzieś za moimi plecami i znika z pola widzenia. Nie na długo. Po chwili brzęk tłuczonego szkła w odległości mniejszej niż 2 metry zmusza mnie do obejrzenia się za siebie. Okazało się, że jeden z kelnerów nie zauważył chłopca kucającego pomiędzy stolikami i przypadkowo wpadł na niego. Poleciała taca i szkło przenoszone na niej. Zaskoczony kelner pytał malca, czy nic mu się nie stało, ale chłopczyk zawstydził się i nieco wystraszony, choć uśmiechnięty, pobiegł w inne miejsce. Kiedy kelner sprzątał z podłogi potłuczone szkło, podeszła do niego matka i trzymając malca za rękę, podniesionym głosem zaczęła robić mu wymówki, że jest nieostrożny i nie zwraca uwagi na to, co się wokół niego dzieje. Wykrzyczała, że już nigdy nie zamierzają jeść w tej restauracji. W lokalu ucichły rozmowy. Goście odwrócili się, w milczeniu spoglądali na kelnera i matkę chłopca. Kelner okazał się człowiekiem opanowanym, przeprosił kobietę i wrócił do swoich zajęć. Tylko na jego twarzy dość długo utrzymywał się niesympatyczny grymas. Klienci wchodzili i wychodzili, inni powrócili do rozmów. Po niedługiej chwili sytuacja się unormowała, jednak absurdalny zarzut zirytowanej matki wykrzyczany pod adresem pracownika restauracji nie dawał mi spokoju. Przecież to jej syn, a nie kelner, powinien odpowiadać za to, co się stało. Poza tym, dlaczego Bogu ducha winni ludzie muszą tolerować czyjś podniesiony głos w miejscu, gdzie przyszli się zrelaksować? Dlaczego, pytam, zamiast zwrócić uwagę, mamusiu, przyklaskujesz i pozwalasz niegrzecznemu dziecku na więcej? Dlaczego zmuszasz mnie do akceptacji, a nawet kochania swojego dziecka?

Obecnie coraz częściej rodzice mają możliwość aktywnego spędzania czasu z dziećmi – także w kawiarniach lub w restauracjach. Knajp przyjaznych maluchom jest dużo i powinno być jeszcze więcej, jednak uważam, że nie można zapominać o potrzebach tych, którzy dzieci nie mają, mieć nie chcą i pragną miejsc wolnych od pieluch, zabawek, smoczków i dziecięcych wrzasków. Miejsc, w których nie będą musieli przypatrywać się rozanielonym rodzicom przytakującym za każdym razem, kiedy dziecko zrzuci coś na podłogę. Gdzie nie muszą być świadkami, gdy matki bez skrępowania odsłaniają piersi, żeby nakarmić swoją pociechę. Żeby uniknąć nieporozumień – chcę podkreślić, że nie tępię lokali przyjaznych dzieciom. Nie chcę też winić dzieciaków. Pragnę raczej sprzeciwić się postawie rodziców, którzy nie potrafią uspokoić swoich pociech, wymuszają na wszystkich tolerancję dla zachowań, z jakimi niekoniecznie chcieliby mieć do czynienia. Uważam, że specjalne akcesoria, takie jak przewijaki, powinny być wyposażeniem większości lokali gastronomicznych, tak by opiekunowie wygodnie mogli zająć się swoimi pociechami w razie potrzeby, a miejsc, w których maluchy znajdą kącik zabaw, powinno być jeszcze więcej niż obecnie. Twierdzę jedynie, że nie powinno się zapominać o drugiej stronie medalu – oczywistym prawie każdego do spokoju.

Naprzeciw gustom miłośników spokoju jako pierwsza wyszła Cafe Niesen, popularna knajpa w dzielnicy Prenzlauerberg w Berlinie. Znajduje się w niej pomieszczenie przeznaczone tylko dla dorosłych. Dzieci nie mają do niego wstępu. Na rzecz upowszechnienia pomysłu Child-Free Zone (z ang. strefa wolna od dzieci) powstało stowarzyszenie, którego założyciele – David i Susan Moore – uważają, że pary świadomie decydujące się na nieposiadanie potomstwa mają do tego pełne prawo. Tymczasem ludzie ci są dyskryminowani, a ich poglądy odbierane są przez społeczeństwo jako egoistyczne i ukazujące brak szacunku dla wartości rodzinnych.

Od Gdańska po Gdynię na stronach internetowych lokali gastronomicznych znajdziemy masę zapewnień o udogodnieniach dla rodziców z dziećmi. Rodzina z potomstwem może spodziewać się specjalnego kids menu, kącików z zabawkami, fotelików dopasowanych do wysokości stołów, a nawet pomieszczeń do karmienia piersią. Nikt nie znajdzie jednak na terenie całego Trójmiasta choćby jednego lokalu z “kids-free zone” . Owszem, jest wiele miejsc, które są nieprzystosowane do manewrowania wózkiem, nie posiadają kącika zabaw czy też przewijaka, a mleko serwuje się jedynie w drinkach, kawie i deserach. I tylko żaden z restauratorów nie deklaruje wydzielenia strefy przyjaznej bezdzietnym. Mam wrażenie, że nikomu to po prostu nie przyszło do głowy. Być może właściciele lokali gastronomicznych i klubów nie chcą uwzględniać potrzeb nieznanej liczbowo grupy osób. Myślę, że na terenie Trójmiasta brakuje tego typu miejsca. Tylko czy warto inwestować w strefy przyjazne bezdzietnym w czasie baby-boomu?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.