Żywe torpedy – patrioci czy desperaci?

18 Lip

Druga RP trwała krótko, tylko dwie dekady. A jednak, gdy istnienie Polski było zagrożone, społeczeństwo zdało trudny egzamin ze swego patriotyzmu.

5 maja 1939 r. Józef Beck, minister spraw zagranicznych, w polskim Sejmie wypowiedział znamienne słowa: „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów, państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor”.

Tutaj rozpoczyna się nieprawdopodobna, choć prawdziwa historia polskich żywych torped. Jej źródeł i inspiracji szukać trzeba w opisanym w prasie incydencie (prawdziwym lub mistyfikowanym) podczas konfliktu zbrojnego japońsko-chińskiego na początku lat 30., kiedy to trzej żołnierze japońscy, obładowani materiałami wybuchowymi, rzucili się na pozycje wroga. Ich samobójcza śmierć doprowadzić miała do wielkich zniszczeń po stronie chińskiej i śmierci 34 chińskich żołnierzy.
6 maja 1939 r. krakowski „Ilustrowany Kurier Codzienny” opublikował list otwarty Leona i Edwarda Lutostańskich oraz Wacława Bożyczko (szwagra Lutostańskich) skierowany do Polaków. W liście tym wzywali „…wszystkich Polaków, co chcą… oddać swoje życie za ojczyznę w charakterze żywej torpedy… Oddajemy swoje życie do dyspozycji Marszałka Polski, by spożytkował je dla obrony Polski”. Pisali także: „Nie wątpimy, iż takich ochotników zgłosi się tysiące, a te tysiące spowodują u wroga straty liczone w setkach tysięcy ludzi i milionach złotych”. Rzeczywiście do 28 maja „IKC” odnotował ponad 1000 listów ze zgłoszeniami. W następnych dniach do akcji naboru ochotników włączyły się także inne gazety z różnych stron Polski („Wieczór Warszawski”, „Kurier Poznański”, „Kurier Łódzki”, „Gazeta Starogardzka”, „Echo Kaliskie Ilustrowane”, sosnowiecka „Torpeda”). Poznański „Wielkopolanin” pierwszy w Polsce przedstawił czytelnikom wizję polskiej żywej torpedy: jej szczegółowy opis techniczny i zasadę działania. W objaśnieniach nie zabrakło określenia, że przed wystrzeleniem wchodzi do niej „człowiek gotów na śmierć”.

W Gdyni miała miejsce także inna forma werbowania. Na ulicach miasta rozklejano odezwy do ochotników, których kierowano na ulicę Zgoda, gdzie mieściło się Dowództwo Morskiej Brygady Obrony Narodowej i Dowództwo Lądowej Obrony Wybrzeża. Rozmowy z ochotnikami prowadził oficer wojsk lądowych, który zbierał ich personalia i wpisywał na listę. Jeden z pierwszych ochotników – Jan Szumiata – tak wspominał werbunek: „Wybraliśmy się… do Gdyni we dwóch… W Dowództwie Marynarki powitali nas bardzo serdecznie… Jakiś oficer przemawiał i zapewnił, że w odpowiednim momencie zostaniemy wezwani. Opowiadał też o samej torpedzie, uprzedzając, że jak ktoś raz do niej wejdzie, to dla niego odwrotu nie ma. Kazali wracać do domu i czekać na werbunek”. Werbunek miał także miejsce w niektórych jednostkach wojskowych. Dzisiaj, ostrożnie szacując (w CAW zachowała się część danych osobowych tych ludzi) wydaje się, że liczba ochotników do żywych torped była nie mniejsza niż 4700 (Narcyz Klatka, Polskie żywe torpedy w 1939 r.). Rekrutowali się z różnych środowisk i warstw społecznych, najwięcej było ludzi młodych (19-28 lat) i zdrowych, choć zdarzały się też przypadki ludzi starszych i kalekich. Pisali szczerze, z ogromną troską poczuwając się do obowiązku bronienia Ojczyzny za cenę własnego życia. Warto przytoczyć fragmenty niektórych listów-zgłoszeń.

Wacław Piecyk z Warszawy (styl i słownictwo zachowane): „Bardzo mi przykro, jako kochającego Ojczyznę, że nie mogłem spełnić mojego obowiązku. Dla ukochanej Ojczyzny. Bo nie dałem pożyczki lotniczej na cele ojczyzny i honoru. Nie dałem także na F.O.N. (Fundusz Obrony Narodowej) nawet 1 grosza, bo nie pracuję. W zamian za to… jako syn nieżyjącego legionisty. Oddaję się… na listę śmierci petard, min, … Armii Kochanej. Mam lat 25.”
Pierwszy polski redaktor gazety „Śląski Kurier Poranny”, Maksymilian Kluck: „Panie Marszałku. Zwracam się… z prośbą o przyjęcie mnie w poczet „żywych torped”. Pragnę z całego serca moją służbę, jako dziennikarz polski ukoronować śmiercią w obronie niepodległości i chwały Ojczyzny. Mam lat 33, jestem żonaty, z jednym dzieckiem.”
A były legionista, starszy, kaleki Stefan Kowalski pisze: „Jako były uczestnik prac i walk o niepodległość… melduję się posłusznie z gorącą prośbą o przydzielenie mnie do oddziału żywych torped, a tym samym umożliwienie mi spełnienia, aż do końca mego obywatelskiego i żołnierskiego obowiązku w obronie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej.”
Tadeusz Kapeliński, właściciel majątku Siedlimowo: „Do W.P. Szefa Kancelarii Ministra Spraw Wojskowych. Gotów jestem, jak i inni do oddania życia w ofierze Ojczyźnie i nie tylko w charakterze żywych torped. W każdej chwili jestem gotów służyć życiem.”
Wacław Myga z Parkoszewic: „Do J.W.P. Marszałka Edwarda Rydza Śmigłego… A przyszła ta chwila, że Ojczyzna potrzebuje ludzi gotowych oddać życie, więc zgłaszam się jako ochotnik na „Żywe Torpedy”. Nie kieruje mną żadna fantazja ani uniesienie młodzieńcze. Znam zadanie, jakie miałbym spełnić w przyszłości i wiem, co mnie czeka.”

Były też przypadki ofiarowania własnych dzieci. Ułan rezerwy, Józef Wysocki ze Skierniewic, na imieniny Ojczyzny (3 maja) poświęcił swoich dwóch synów: Adama i Jana, uczniów gimnazjum, którym przyrzekł zabrać ich ze sobą do Gdyni, do oddziału żywych torped. Inni rodzice (z powiatu rawickiego) ofiarowali swego „…syna, jako ochotnika do Żywej Torpedy, czyli Batalionu Śmierci” i to był ich żywy datek na Obronę Narodową.
Najmłodsza ochotniczka (w chwili zgłoszenia miała 12 lat), Mirosława Gruszczyńska, która wraz ze swymi braćmi: Alfredem i Napoleonem zapisała się do żywych torped (rodzice wyrazili na to zgodę), zapytana po latach, co zrobiłaby dzisiaj? Odrzekła: „To samo, co wówczas.”
Henryka Bożyczko (żona Władysława, siostra Leona i Edwarda Lutostańskich) zapytana w 1975 r. na łamach „Stolicy” wyjaśniła: „Decyzji podjętej przez mojego męża i moich braci nie sprzeciwiałam się, chociaż, jako kobieta popłakałam się. Mieliśmy przecież dzieci, dwie córeczki: sześcioletnią i ośmioletnią. Ja i moi bracia wychowani byliśmy w rodzinie patriotycznej. Nasza mama… była łączniczką w Powstaniu Styczniowym, a jej matka, nasza babcia uczestniczyła w Powstaniu Listopadowym. Jakże ja mogłam być inna? Ze swoich bliskich byłam dumna.”

Wszystkie zgłoszenia ochotników, niezależnie, czy adresowane do władz wojskowych, państwowych, redakcji gazet, czy samego marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, trafiały ostatecznie do KMW w Warszawie i tam je rejestrowano. Zgłaszających się ochotników do torped śmierci na ogół informowano, że Polska nie posiada jeszcze własnych torped, ale ich zapał i gotowość służenia Ojczyźnie będzie z pewnością wykorzystany w innych, niebezpiecznych sytuacjach, które przyniosą działania wojenne.

I rzeczywiście, latem 1939 r. utworzono w Warszawie, w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego referat żywych torped, w którym szkolono specjalne oddziały szturmowe i dywersyjne. Jeden z batalionów, który wówczas z ochotników utworzono i nazywano Batalionem Śmierci, walczył w rejonie Bogumina do października 1939 r., a następnie żołnierze, którzy wyszli z walki z życiem, zasilili szeregi AK. Inni, przeszkoleni w Warszawie, na ulicy Rakowieckiej, sformowani w samodzielny batalion, skierowani zostali do zadań dywersyjnych w okolicach Wilanowa (rozbili tam kolumnę niemieckich samochodów), Okęcia i Ochoty. Do obrony Czerniakowa na apel Stefana Starzyńskiego zgłosiło się ponad 1000 ochotników, którzy za pomocą przenoszonych ładunków wybuchowych likwidować mieli gniazda niemieckich karabinów maszynowych.

Czy deklaracje ochotników do torped śmierci o ich gotowości do oddania życia w obronie Ojczyzny były czczymi frazesami podyktowanymi romantycznymi, krótkotrwałymi emocjami? Czy straceńcy może traktowali owo zgłoszenie jako przygodę lub chcieli uchodzić za podziwianych przez innych bohaterów narodowych? Trudno wyrokować i ręczyć za wszystkich, ale statystyka dokonana na podstawie ustalonych losów 52 osób wskazuje, że spośród tej grupy tylko siedmioro wybrało inne niż związane z walką o niepodległość drogi życiowe. Czy śmierć (samobójcza) za sprawę najwyższej dla Polaków wagi to nonsens, niepotrzebna brawura, brak rozwagi, czy też męstwo, bohaterstwo, patriotyzm? Trudno to nam, współczesnym, ocenić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.