Yach Film nie potrzebuje fajerwerków (WIDEO)

3 Wrz

Yach Film po dwóch dekadach wrócił do korzeni. Znów nabrał charakteru offowego, a z centrum Gdańska trafił na peryferie Wrzeszcza, do „Polmozbytu” Liroya.

Różnice między Yach Film 2012 a jego poprzednimi odsłonami widać na pierwszy rzut oka: zamiast hucznej gali, wzbogaconej o serię spotkań i warsztatów, dostaliśmy kameralną imprezę w zaniedbanej części Wrzeszcza. W dodatku niewiele brakowało, żeby rozdanie Yachów w ogóle nie doszło do skutku.

Myślałem, że tego festiwalu nie zrobię, ale od trzech miesięcy na nasz adres przesyłano prace, dzwoniono i pytano, kiedy odbędzie się kolejna edycja – tłumaczy Yach Paszkiewicz.

Tylko determinacja Paszkiewicza oraz wsparcie przyjaciół i miłośników imprezy spowodowały, że nie zniknęła ona w tym roku z Trójmiasta. Miasto nie udzieliło tym razem wsparcia finansowego: na liście instytucji, które otrzymały dofinansowanie w konkursie ofert na realizację zadań z zakresu kultury i sztuki, zabrakło Yach Film.

Nie macie pojęcia o kulturze i nic nigdy nie dacie na kulturę – mówi Tymon Tymański. – Wiedziałem już o tym, będąc przez dwa lata członkiem Rady Kultury Gdańskiej. Słyszałem co mówicie na temat tego, jak świetne jest Trójmiasto, jak kulturalny i wyrafinowany jest Gdańsk, ile rzeczy się tutaj dzieje. Szczególnie, jeśli chodzi o te sprzed pięciuset lat. Kapela Gedanensis, biblioteki… Wszystko co istnieje od dawna, dostaje po dwa miliony złotych, żeby Japończycy i Niemcy pili piwo ze słomki i mówili, że Gdańsk jest zaje… – podsumowuje artysta.

Paszkiewicz jest jednak zadowolony z powrotu do przestrzeni klubowej: – Wracamy do korzeni. Uważam, że festiwal dotyczący sztuki wideoklipu, która rozwija się w tkance miejskiej, a dotyczy całego kraju, nie powinien być traktowany jako wydarzenie, w którym muszą uczestniczyć wszyscy. Jest to festiwal niezależny, który upowszechnia dorobek polskich twórców wideo i niepotrzebne są do tego fajerwerki – mówi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.