Wyniki wynikami / Polska mistrzem Polski!

16 Gru

Wyniki wynikami

„Gazeta Wyborcza” odtrąbiła ostatnio na pierwszej stronie niesamowity sukces polskiego systemu szkolnictwa. Nasi 15-to latkowie, krew z krwi naszej, osiągnęli zadziwiająco wysokie noty w międzynarodowym raporcie PISA. Gazeta entuzjastycznie sławiła ich sukces i wskazywała, że w przeciągu paru lat Polska zrobiła olbrzymi krok. Krok w jaką stronę – to już nie jest pewne.

Wyniki, jak to wyniki – w naszym technokratycznym XXI wieku z wynikami zwyczajnie się nie dyskutuje. Szczególnie, jeśli są tak skrupulatnie wyliczone i w takim ładnym, estetycznym raporcie podane. Taki wskaźnik jak PISA to już nie przelewki – poważna sprawa, gwarancja, że krajem jesteśmy rozwiniętym, a nie jakimś czupiradłem z kąta wyciągniętym. Można z takimi wynikami pobrylować na zachodnich salonach. Bo cyfry nie kłamią – Polska zajmuje 14 miejsce, zostawiając w tyle zachodnioeuropejskie potęgi. Z tym dyskutować nie można, ale może warto by zapytać, czemu się z tego wyróżnienia mamy cieszyć? Cóż to zaszczytne 14te miejsce dla nas oznacza?

Jako, że cały system edukacji sprzyja tworzeniu usłużnych pracowników, więc pierwszym moim strzałem byłby rynek pracy – takie wysokie noty w rankingu, więc pewnie na rynku pracy młodzi Polacy radzą sobie jak mało kto. Ale zaraz po rewelacjach rankingu PISA, „Wyborcza” drukuje artykuł, że porażka systemu szkolnictwa, bo pracodawcy nie mogą znaleźć pracowników, a pracownicy pracy, a praca ludzi, co też potwierdza moje własne, niezbyt radosne doświadczenia.
Więc chyba nie to, ale przecież nie na darmo się tak pilnie uczyli – coś z tego musimy mieć.

To może PISA ma jakieś przełożenie na ekonomię państwa? Może od tych wyników coś nam w innych, ekonomicznych słupkach przyrasta? Miło by było, ale jak się popatrzy na wskaźniki, to się okazuje, że tutaj również dość jałowo. My jesteśmy na miejscu 14tym, ale taka Indonezja, która od lat siedzi na samym końcu listy, ma o wiele większy od Polski wskaźnik PKB. Co prawda trzeba uwzględnić, że mieszkańców ma prawie 7 razy więcej, ale mimo wszystko dysproporcja między krajami mogłaby być większa.

Więc może chociaż szkoła uczy tych 15-to latków, jak wieść udane życie, jak zadowolonym być, jak sobie w życiu radzić? Ale nie – na to też są raporty i z tych raportów jasno wynika, że nie jesteśmy zadowoleni z żywotów swoich. Rok w rok wleczemy się w okolicach 50tego miejsca w rankingach najbardziej szczęśliwych obywateli.

Czy będzie zaskoczeniem, że Duńczycy i Norwegowie – zwyczajowi liderzy tych radosnych zestawień, wypadli w teście PISA gorzej od nas?
No to doprawdy nie wiem – to może nauka chociaż nam od tych wskaźników się polepszy? A gdzie tam – zobaczcie, gdzie w zestawieniach najbardziej uznanych uniwersytetów lokują się polskie uczelnie. Wstyd patrzeć.

Oczywiście trzeba zaznaczyć, że używam sobie bezwstydnie na raporcie PISA lekko naginając statystyki. No bo to przecież tylko 15-to latki, które jeszcze nie zdążyły wywrzeć wpływu na inne wskaźniki. Jedynie obiecują świetlaną przyszłość, a na razie są tylko zdolnymi nastolatkami. Nie widzę jednak żadnych jaskółek innych zmian, które miałyby wspólnie ze zdolnymi 15to latkami wprowadzać Polskę na szczyt, które mogłyby jakoś wpłynąć na rozwój cywilizacyjny Polski. Brak zamysłu większego.

Nie tak dawno sam przeczołgałem się przez system edukacji i z przykrością muszę stwierdzić, że nie daje rady w konfrontacji z żadnym z powyższych problemów.

Koniec końców nie wiem jaką mądrość mam wyciągać z tego schludnego i pięknego raportu. Nie wiem co nam to daje. Ale może jednak za bardzo drążę? Może trzeba się po prostu skupić na tym, ze jest sukces! Jest 14te miejsce! Może zamiast próbować naukę podźwigać, ludzi uszczęśliwiać, zaradności uczyć, Polska szkoła po prostu się wyspecjalizuje w osiąganiu wysokich not w rankingu PISA. Cóż to dla nas? 14te miejsce to dopiero początek! Zajdziemy tam dalej! Polska potęgą [tu:szkolnictwa] jest i basta!

Polska mistrzem Polski!

Wybacz, Drogi Synu, starannie wyedukowany w polskich szkołach i uczelniach na przełomie wieków i tysiącleci, że znów odwołam się do własnych wspomnień z czasów prehistorycznych, słusznie minionych.

Otóż dawno, dawno temu, w krainie nazywanej PRL-em, zupełnie od nikogo niezależni dziennikarze i środki musowego (tfu, masowego oczywiście ) przykazu (oj, te chochliki – przekazu, rzecz jasna) regularnie obwieszczały wszem i wobec, iż Polska jest 10 potęgą gospodarczą i ekonomiczną świata. Co prawda nikt nie wiedział dokładnie w jakiej konkretnej dziedzinie, ale nie czepiajmy się złośliwie szczegółów.

Potęgą Polska była i basta! A kiedy przytrafiały się jeszcze po drodze wymierne, medalowe sukcesy sportowe, nasz kraj jawił jako mocarstwo, które swoją pozycję zawdzięcza jedynemu słusznemu ustrojowi powszechnej szczęśliwości i równości (w którym wszyscy pijali szampana, co prawda głównie ustami swoich wiernych idei towarzyszy, ale kto tam wtedy zwracał na to uwagę). Panowała wtedy demokracja, oczywiście (jak niemal wszystko) z dopiskiem „socjalistyczna”, ale przecież nie chodziło o takie drobiazgi, ale o naszą niezachwianą pozycję gospodarczej potęgi na mapie świata.

Coraz częściej mam wrażenie, że tamte niedoścignione wzorce propagandy sukcesu powracają. Ile musiało się zmienić, żeby (przynajmniej w niektórych sprawach), nie zmieniło się prawie nic? Polska mistrzem świata w wymyślaniu własnych sukcesów?

W polskim szkolnictwie zmieniło się przez ostatnie ćwierćwiecze niemal wszystko. Zniknęły białe plamy w podręcznikach, zwłaszcza historii najnowszej, znajomość (i to całkiem niezła) języka angielskiego stała się wśród uczniów normą, dostęp do internetu i nowych technologii stał się powszechny i ułatwiony nawet w najmniejszych miejscowościach i skraca dystans, dzielący nas ciągle od krajów rozwiniętych. Zmieniła się również mentalność większości rodziców, którzy w pogoni za idealną ścieżką kariery zawodowej czy biznesowej, wymagającą niewątpliwie poświęceń, od polskiej szkoły i nauczycieli oczekują nie tylko przekazywania swoich dzieciom wiedzy, ale i wychowania – w rodzicielskim zastępstwie. Nie przyjmują zatem najczęściej do wiadomości, iż podstawowy kanon wychowania, wartości i wzorce zachowań wynosi się z rodzinnego domu. Czasu nie poświęconego swoim pociechom w okresie ich dorastania i edukacji nikt nigdy już – ani rodzicom, ani ich dzieciom – nie zwróci. To czas bezpowrotnie utracony.

Piszę to, bijąc się mocno we własne piersi, pielęgnując wyrzuty sumienia, iż mogłem swoim synom ofiarować jeszcze więcej ojcowskiego czasu. Z drugiej strony – to jednak również im zawdzięczam swoje wybory. Kilkukrotnie odrzucałem bowiem niegdyś intratne propozycje zawodowe, wymagające jeszcze więcej aktywności i całkowitego zaangażowania, a zatem rodzicielskiej nieobecności, nie mówiąc o konieczności przeprowadzki do stolicy. Może i coś tam po drodze utraciłem, ale – patrząc z perspektywy czasu – znacznie więcej zyskałem i nie żałuję tych decyzji.

Wracając jednak do szkolnej ławki, znacznie bardziej, niż kolejne dziennikarskie zachwyty lub załamywanie rąk nad sukcesem lub porażką polskiemu systemu szkolnictwa, martwi mnie, że jakoś polska edukacja nie ma chyba szczęścia do ministrów. Każdy kolejny wprowadza bowiem własne, autorskie pomysły na uzdrowienie szkolnictwa oraz uszczęśliwienie uczniów, rodziców i nauczycieli. Najczęściej jego następcy mają z kolei zupełnie nową (autorską, a jakże) wizję polskiego szkolnictwa, którą z zapałem realizują, dopóki ich ministerialnej misji ktoś (lub coś) nie przerwie. Polska szkolnictwo od lat funkcjonuje w jakieś dziwnej pętli, w której co jakiś czas zmieniają się kanony lektur, podręczniki, szkolne mundurki i zasady gry, razem z ministrami.

Ale najważniejsze przecież, że Polska wciąż jest mistrzem Polski – tej w nieustającej budowie. Bo jakiś sukces przecież co jakiś czas trzeba ogłosić. A jeśli go akurat nie ma, to tym gorzej dla rzeczywistości.

tadeusz_fulekTadeusz Fułek (rocznik 1986) absolwent kulturoznawstwa na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, z pochodzenia sopocianin, mieszka w Warszawie, pracuje w agencji reklamowej „Grey”. Swoje teksty drukował m.in. w „Machinie” i „Wysokich obcasach” oraz na portalach internetowych. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. tadeusz.fulek@gmail.com

wojciech_fulekWojciech Fułek (rocznik 1957) sopocianin od zawsze i na zawsze, jak stąd wyjeżdża to nigdy na długo. Człowiek wielu zawodów i umiejętności, z zamiłowania – publicysta, dziennikarz, pisarz, poeta. Autor m.in. historii mola sopockiego, Opery Leśnej i wielu innych książek, tekstów piosenek, scenariuszy filmów dokumentalnych, sztuk teatralnych i słuchowisk oraz szczęśliwy trójki synów.
wojciechfulek@kochamsopot.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.