Logophonic: nieograniczone możliwości

15 Gru

Muzyka, którą wykonują, przyciąga nie tylko świetnymi melodiami, ale również minimalistyczną aranżacją. Z duetem Logophonic, czyli Krzysztofem Stachurą i Maciejem Szkudlarkiem, autorami wydanej właśnie „Borderline”, rozmawiamy o najnowszym albumie, działalności wydawnictwa Music is the Weapon i piosenkowej lingwistyce.

Logophonic to rezultat wieloletniej przyjaźni i unikalnego pomysłu na wspólne granie. Założony w 2011 roku przez doświadczonych już muzyków projekt to zaledwie dwie, przetworzone za pomocą efektów, gitary i głos. Po pierwszym, wydanym w marcu albumie „Little Pieces”, dali się poznać od strony minimalistycznych, wyciszonych piosenek. Najnowsza „Borderline” częściowo odwraca tę tendencję, chociaż również tutaj duet ani razu nie sięgnął po bas ani perkusję. Obie płyty ukazały się nakładem niezależnego gdyńskiego labelu Music is the Weapon, prowadzonego przez Bartosza Borowskiego z klubu Desdemona.

Premierę „Borderline” od „Little Pieces” dzieli zaledwie osiem miesięcy. Nieczęsto zdarza się, aby początkujący zespół wydawał albumy w tak szybkim tempie. Skąd ten pośpiech?

Maciej Szkudlarek: Nie było to specjalnie trudne. „Little Pieces” mieliśmy zarejestrowane już jesienią zeszłego roku. W marcu, kiedy została wydana, część pomysłów na kolejną była już gotowa.

O ile Little Pieces” stawiała przede wszystkim na wyciszenie i klimat, na Borderline” występuje więcej akcentów o bardziej melodyjnym i przebojowym charakterze – mówię zwłaszcza o Incision” oraz Mamy czas”, jedynej piosence nagranej z gościnnym wokalem Anny Rogowskiej. Szukaliście nowych inspiracji?

M.S.: Po pierwsze, bardziej się otworzyliśmy stylistycznie. Po drugie, „Little Pieces” nie do końca oddawała to, co działo się u nas na koncertach. Była bardzo spokojna, a jednak na scenie jest u nas trochę więcej energii i życia. Chcieliśmy to pokazać.

Podobno cała płyta powstała przy użyciu jednej kostki. Talizman szczęścia?

M.S.: To prawda. Zabraliśmy do Warszawy [sesja nagraniowa odbyła się w warszawskim studio Iziphonics – red.] dużo różnych rzeczy, a kostkę akurat mieliśmy jedną. Kupienie kostki w Warszawie nie jest problemem, ale stwierdziliśmy, że to będzie całkiem zabawne (śmiech).

fot. J. Sopiński
fot. J. Sopiński

Środki pozwalające na wydanie „Borderline” zbieraliście za pośrednictwem strony PolakPotrafi.pl. Co decyduje o skuteczności takiej formy pozyskiwania funduszy na działalność muzyczną?

M.S.: Popularność takich serwisów. U nas jest to jeszcze co prawda raczkująca sprawa, ale w Stanach Zjednoczonych za pomocą crowdfundingu finansuje się bardzo duże projekty.

W Trójmieście coraz częściej pojawiają się zespoły, które próbują działać w tym kierunku – na przykład Destructive Daisy…

M.S.: To bardzo słuszny kierunek i wspieram go całym sercem. Trzeba jednak mieć na to pomysł i w jakiś sposób zachęcić ludzi. To nie działa w ten sposób, że wszyscy płacą na trzy-cztery. Trzeba sporo posiedzieć, przygotowując akcję, a później – po jej zakończeniu –  rozsyłając nagrody. Ale formuła jest jak najbardziej fajna.

Podejrzewam, że gdyby nie crowdfunding, nie udałoby Wam się po raz kolejny zrobić sesji pod okiem tak uznanego producenta, jakim jest Andrzej Izdebski? Jak podsumowalibyście waszą współpracę?

M.S.: To bardzo utalentowany człowiek, fachowiec pierwszej klasy, którego każdemu gorąco polecam. Trzeba umieć znaleźć z nim wspólny język. Na szczęście jest na tyle otwartym człowiekiem, że jeżeli coś mu się nie podoba, to mówi to od razu i albo tego nie robi, albo stawia zaporową cenę (śmiech). Jest to wspólna praca, która nie przypomina tej w standardowym studio nagraniowym, gdzie płaci się za godzinę. Tam przychodzi realizator, stawia mikrofony i mówi: „grasz”, a potem: „podoba ci się? nie? to jeszcze raz”. U Andrzeja po prostu pracuje się nad muzyką. Cały czas podkreślał, że płyta to zupełnie inna opowieść i emocje, niż koncert, i trzeba podejść do niej kompletnie inaczej, żeby dobrze się jej słuchało.

fot. J. Sopiński
Maciej Szkudlarek (fot. J. Sopiński)

Znak rozpoznawczy Logophonic to prostota: jest was dwóch, nie potrzebujecie perkusji ani basu, wszystkie dźwięki generujecie za pomocą gitar, wokalu, ewentualnie dłoni oraz stóp. Jakie możliwości daje tego rodzaju minimalizm w muzyce?

Krzysztof Stachura: Nieograniczone. Za pomocą gitary możesz zagrać wszystko: nie tylko perkusję, bas, ale, po przepuszczeniu przez efekty, również klawisze. Do trąbki jeszcze nie doszedłem, ale ciągle szukam. Myślę, że jest to fajne, chociaż trzecią płytę planujemy już z perkusistą.

M.S.: Już przy „Little Pieces” spore znaczenie miało to, że jeżeli gra się tylko w dwie osoby, minimalizm i oszczędność są miejscami konieczne do uzyskania pewnej dynamiki. Raz musi być czegoś więcej, raz mniej, raz głośniej, raz ciszej. Ponieważ jest nas tylko dwóch, bardzo łatwo to osiągnąć. Nie trzeba zgrywać jednocześnie na przykład siedmiu osób.

Podczas pierwszych koncertów korzystaliście z laptopów, później przestawiliście się na efekty podłogowe. Co zniechęciło was do korzystania z komputerów?

M.S.: Komputery (śmiech). Granie z komputerem nie jest fajne. Po prostu nie masz żadnej swobody.

K.S.: Zawsze jest tak samo. Niewiele możesz zmienić, nie pobawisz się wystarczająco dynamiką.

M.S.: Teraz, kiedy gramy bez laptopów i komuś udaje się świetne solo, możemy je przedłużyć. Komputer nie daje ci tej możliwości. Poza tym ludzie trochę z nas się śmiali, że między numerami sprawdzamy notowania na giełdzie (śmiech). Teraz przynajmniej kucamy i schylamy się, co jest „bardziej spektakularne” (śmiech).

K.S.: Za laptopów przeszliśmy najpierw na same akustyki. Też było fajnie, ale czegoś nam brakowało. Wtedy zaczęliśmy dodawać efekty i okazało się, że możemy na przykład loopować, mieć z tym dużo zabawy. Ale, tak jak wspomniałem, następna płyta będzie już w trzyosobowym składzie.

Możecie zdradzić już, kto zasiądzie za perkusją?

M.S.: To jest jeszcze bardzo płynne, zobaczymy. Najważniejsze, żeby był to człowiek, który podchodzi do perkusji tak samo, jak my podchodzimy do gitary. Podejście tradycyjne i standardowe zabiłoby to ducha naszej muzyki. Nie możemy dołożyć do nas perkusisty, który będzie po prostu odgrywał rytm. Musi robić interesujące rzeczy ze swoim instrumentem. Myślę, że uda nam się kogoś takiego znaleźć. Zaczęliśmy już wstępne rozmowy.

Krzysztof Stachura (fot. J. Sopiński)
Krzysztof Stachura (fot. J. Sopiński)

Wracając do Borderline” – druga płyta to, w przeciwieństwie do Little Pieces”, piosenki w przeważającej części polskojęzyczne. Pytanie kierowane do Macieja, jako autora tekstów: czy zależało tobie, aby w większym stopniu przyciągnąć uwagę słuchacza do ich znaczenia?

M.S.: Trochę tak. Różnica pomiędzy kawałkiem w języku polskim i w języku angielskim polega na tym, że jeżeli człowiek, który nie jest native speakerem, słucha numeru w języku angielskim, musi skupić się na tekście, żeby go zrozumieć. Umyka mu wtedy cała reszta rzeczy, które dzieją się równolegle. Natomiast słuchając kawałka po polsku, można koncentrować się na czymkolwiek, a ten tekst i tak zapada w pamięć. Nastawialiśmy się na to, żeby zdobyć trochę popularności w Polsce, na naszym podwórku, nie rezygnując z zagranicznych planów koncertowych.

Problem ojczystego języka bardzo często wraca w ostatnim czasie w dyskusjach o muzyce. Co traci artysta, który całkowicie rezygnuje z pisania tekstów po polsku?

M.S.: Mogę powiedzieć, co traci rezygnując z pisania po angielsku. To bardzo melodyjny język i można pozwolić sobie na zdecydowanie więcej. Teksty nie muszą być super lotne, jest przecież milion przykładów kawałków, które są odbierane jako dobra muzyka, a ich teksty, gdyby przetłumaczyć je na język polski, dalekie są od artystycznych ideałów. A co traci się, pisząc po angielsku?

K.S.: To, że radio nie będzie ciebie grało (śmiech).

M.S.: Odbierasz sobie możliwość zagrania tekstem jako kolejnym instrumentem – mocnym, silnym w odbiorze, jeżeli oczywiście nastawiasz się na polskiego słuchacza. Z drugiej strony, w języku polskim trudniej pisać, ze względu na jego rytmikę. Jest szeleszczący i twardy. W muzyce, która ma anglosaskie korzenie, występuje mnóstwo rymów męskich, z akcentem na ostatnią sylabę, co po polsku oznacza jednosylabowe wyrazy na końcu zdania. Polscy tekściarze często uciekają się do słów takich jak „twych” czy „mych”, których nikt nie używa na co dzień. Samo dopasowanie rytmiki polskiego języka do muzyki jest dosyć trudne.

fot. J. Sopiński
fot. J. Sopiński

Odbiegając na moment od Logophonic, chciałbym zapytać o twój drugi projekt, czyli Cats on the Sun. Pod koniec ubiegłego roku wydaliście płytę „Czereśniowy Album”, jednak od tego czasu zachowujecie milczenie. Czy jest to tylko tymczasowa przerwa? Czy wrócicie jeszcze do koncertowania?

M.S.: Nie ulega wątpliwości, że jest to przerwa (śmiech). Tymczasowość tej przerwy jest zmienna, raczej się wydłuża, niż skraca (śmiech). Nie mam zielonego pojęcia. Andrzej Zając, nasz perkusista, jest teraz w Anglii, więc na pewno nie będziemy nic robić przez jakiś czas. Myślę, że nie ma sensu specjalnie poganiać tego zespołu. Mam jednak nadzieję, że COTS jeszcze zbierze się w sobie i coś zrobi. Tym bardziej, że niedawno redaktor muzyczny z radia XFM z Londynu dostał sampler wytwórni Music is the Weapon i na playliście jego rozgłośni pojawiło się „Rozważnie, spokojnie”. To zaskakujące, że z całego zestawu wybrał numer śpiewany po polsku, którego na pewno nikt w Londynie nie zrozumie (śmiech) a nie inne rzeczy, które są po angielsku.

Akurat w Londynie sporo osób powinno zrozumieć tekst śpiewany po polsku (śmiech). Zmieniając temat: zarówno płyty Logophonic, jaki i Cats on the Sun, ukazały się nakładem gdyńskiego labelu Music is The Weapon. Jak oceniacie działalność tego wydawnictwa i jego wkład w niezależną trójmiejską produkcję muzyczną?

M.S.: Bardzo dobrze, w końcu wydali trzy świetne płyty (śmiech). Tak naprawdę nie widzę dla nas innej drogi. Okej, być może fajnie byłoby podpisać kontrakt z dużą wytwórnią, która ma budżet i kontakty, ale zawsze trzeba iść na kompromis. Często jest on dużo dalej posunięty, niż człowiek by tego sobie życzył. Szukanie kontraktów przypomina mi trochę szczurzy wyścig. Tam się zmieści pięć osób, a pchają się miliony. Nie o to chodzi. Muzyka jest teraz czymś, co jest powszechnie dostępne w Internecie i każdy znajduje coś dla siebie. Music is the Weapon to bardzo fajnie, prężnie działająca grupa ludzi, która ma coraz szersze kontakty i coraz więcej pomysłów.

Jakie korzyści przynosi współpraca z małym, lokalnym wydawnictwem?

M.S.: To jest współpraca między muzykami, wspieranie się nawzajem w promocji i szukanie różnych możliwości. Przede wszystkim, niezależny label to szczerość. Tutaj nikt nikomu nie powie: „sorry, ale mamy pełny plan wydawniczy, a w tym kawałku trzeba by zmienić tekst na bardziej przebojowy, bo inaczej nam się to nie zwróci”. To zupełnie inna jakość pracy.

>>>Logophonic na facebooku<<<

>>>„Borderline do odsłuchania na bandcamp”<<<

Autorem pierwszego zdjęcia jest Janusz Miller

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.