Gwiazdy i gwizdy

2 Wrz

Hulał sobie kiedyś w TV taki spot, który większość zapewne pamięta – na stacji benzynowej starsza para natyka się na grupę wyrostków, którzy wygłupiali się, po czym rzucali do starszego Pana „Trzeba mieć fantazję, dziadku”. Dziadek wsiadał do auta i taranował ich auto, po czym mówił „Trzeba mieć fantazję i pieniądze, synku”. W festiwalach sopockich jest dokładnie odwrotnie – są tylko pieniądze, ale fantazji nie ma za grosz.

Początek lat 90-tych to całkiem zabawne i piękne czasy, w czasie których Polska wykonała olbrzymi skok do przodu. Teraz pewnie wpadniemy w pułapkę średniego dochodu i już nie będzie tak „hop-siup do przodu”, ale wtedy wszystko było jeszcze nowe i wszystko było jeszcze fajne. Lata 90-te to również złote czasy Sopockiego Festiwalu (choć co prawda schyłek).

Były gwiazdy z Zachodu, była publika entuzjastyczna, były komentarze pochlebne, no i przede wszystkim był monopol na wydarzenie dnia (tygodnia, miesiąca). Jak z pompą, to z pompą, jak międzynarodowo, to międzynarodowo – Kelly Family na topie? Proszę bardzo, jest i Kelly Family, nawet w komplecie. Whitney Houston płynie jeszcze na dobrej fali po „Bodyguardzie”? No i niech będzie Whitney.

I robiło to wrażenie, szczególnie kiedy oglądało się każdy kolejny Festiwal. Tyłek przymarzał do drewnianych ławeczek w środku lasu, ale rokrocznie gwiazdy były – Vanessa Mae, Annie Lennox, Vaya Con Dios, Alphaville, Lionel Richie. Przedziwna mieszanka przaśnych artystów rodem z RMF FM i całkiem niezłych perełek.

Trochę ręce opadają, kiedy patrzy się dzisiaj na ówczesny repertuar – np. w jednym rzędzie Boney M, La Toya Jackson i Marc Almond, albo Bjork, Kayah, Ricky Martin i Gotan Project obok siebie.

No i niestety po tej kolorowej fazie przejściowej Festiwal w Sopocie się już nie odnalazł. Nikt nie wiedział co z tym fantem zrobić, a prywatne stacje go sobie przerzucają jak gorący kartofel. Niby się opłaca, niby marka wyrobiona, ale co z tym robić – nie wie nikt. Mnie, szczerze mówiąc, w tej chwili Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie ani ziębi ani grzeje.

Obejdę się bez niego i myślę, że Polska również łzy raczej nie uroni. Niechże sobie biedaczysko umrze spokojnie i poleży trochę, żeby ktoś go mógł ożywić później, ktoś kto przyjdzie z pomysłem. Teraz to jedynie się w truchło i wydmuszkę pieniądze pompuje.

A turyści to kupują – tak jak pseudo-indian, którzy na krakowskim rynku „Barkę” grają. Wielce wątpię, żeby Sopocianie albo koneserzy muzyki czegokolwiek szukali na tym Festiwalu. Raczej ściągają nań przyjezdni, dla których Festiwal jest kolejnym etapem do zaliczenia w ramach odwiedzin Sopotu. Wiadomo – żelazne klasyki odhaczyć trzeba, zabawić się trzeba.

Nie wiem tylko, komu to dobrze robi. Na pewno nie Sopotowi, któremu coraz bliżej do Międzyzdrojów.
Amy MacDonald? Caro Emerald? Imany? Proszę bardzo – ściąganie małych gwiazdek, które gdzieś tam wepchnęły pojedyncze hity i grają lekkie i przystępne kawałki na antenie Trójki to przynajmniej jakiś pomysł na Festiwal. Nie najlepszy, ale zdecydowanie coś ciekawszego niż wpuszczanie na scenę co roku grupy Feel i wręczanie im kolejnych złotych płyt, którymi mogą sobie co najwyżej łazienkę wykafelkować. Jeśli ktoś w tym biznes znajdzie, to krzyż na drogę. Ja poczekam, bo może ktoś w końcu wpadnie na dobry pomysł, co zrobić z tym fantem i z tą historię. A jeśli nie, to trudno – sentymentalny nie jestem.

Sopocki festiwal pochłonął znaczną część mojego zawodowego życia. Pracowałem przy jego organizacji jako organizator, rzecznik prasowy czy juror. Od 1985 roku, kiedy rozpocząłem swoją festiwalową przygodę, zmieniło się w naszym kraju niemal wszystko, od ustroju począwszy.

Wtedy – obok stołecznej Sali Kongresowej – scena Opery Leśnej – była jedynym miejscem w kraju, gdzie można było spotkać większe czy mniejsze muzyczne gwiazdy, a na sierpniowy festiwal czekało się z niecierpliwością.

Dziś scen festiwalowych przybyło, dla światowych gwiazd jesteśmy takim samym rynkiem, jak każdy inny, może nawet bardziej atrakcyjnym, a w koncertach zagranicznych wykonawców można uczestniczyć praktycznie niemal co tydzień.

Z sentymentem spoglądam wstecz, ale zastanawiam się też, czy dawna festiwalowa formuła – w czasach wszechobecnych telewizyjnych talent-show – ma jeszcze sens i jako odpowiednio wykorzystać jej historię i międzynarodową renomę? Niektórzy uważają nawet, że na sopocki festiwal (festiwal?) nie ma już miejsca w dzisiejszej, rozpędzonej rzeczywistości.

Ja jednak jestem przekonany, że ten najstarszy w tej części Europy przegląd festiwalowy nie tylko ma sens, ale wręcz grzechem byłoby nie kontynuować tradycji Bursztynowego Słowika, gdyż to rozpoznawalna marka i jednocześnie doskonała promocyjna trampolina dla miasta i Opery Leśnej. Wystarczający dowód to sprzedane na pniu bilety na tegoroczną edycję i wielomilionowa widownia telewizyjna. Nie wszystkim ta formuła musi odpowiadać, ale takie gwiazdy jako Amy MacDonald, Caro Emerald czy Imany – biorące udział w zmaganiach konkursowych o statuetkę Bursztynowego Słowika – to dobry znak dla przyszłości sopockiej imprezy. Z drugiej jednak – drugi dzień festiwalowy, schlebiający trochę innym muzycznym gustom – z pewnością znacznie obniżył moją ocenę tegorocznej imprezy.

Zwłaszcza w sytuacji, kiedy niemal dokładnie ta sama ekipa wykonawców pojawiła się na koncercie, transmitowanym następnego dnia przez zupełnie inną telewizję. W którą stronę zatem powinien pofrunąć sopocki słowik, aby nie zagubić drogi w otaczającym piękny amfiteatr lesie?

Opera Leśna to zresztą wręcz wymarzone miejsce do organizacji festiwalu, nie z tylko z racji swojej historii, ale przede wszystkim właśnie leśnej, unikalnej scenerii, z reguły zresztą z uporem i skutecznie zasłanianej przez kolejnych scenografów. Sopocka scena – z nową widownią i imponującą konstrukcją zadaszenia – tym bardziej powinna stać się miejską wizytówką i miejscem organizacji wielkich wydarzeń, nawiązujących choćby do operowego dziedzictwa tego miejsca. Niestety, w dzisiejszym repertuarze przeważa muza mniej ambitna, czego dowodem zwłaszcza drugi dzień sopockiego festiwalu. A zaniedbane najbliższe otoczenie tego niewątpliwie najpiękniejszego polskiego amfiteatru (drogi dojazdowe, brak miejsc parkingowych, zarośnięty i straszący pustymi puszkami po piwie staw) jakoś nie wskazuje, że ta perła będzie w najbliższym czasie oprawiona adekwatnie do swojego piękna.

A szkoda. Bo marka Opery Leśnej to nie tylko sopocki festiwal, ale i ponad 100-letnia, barwna i bogata historia tej sceny. Kto ją dziś najlepiej wykorzysta, ten skorzysta najwięcej! Tylko trzeba zrozumieć rangę i magię tego miejsca.

tadeusz_fulekTadeusz Fułek (rocznik 1986) absolwent kulturoznawstwa na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, z pochodzenia sopocianin, mieszka w Warszawie, pracuje w agencji reklamowej „Grey”. Swoje teksty drukował m.in. w „Machinie” i „Wysokich obcasach” oraz na portalach internetowych. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. tadeusz.fulek@gmail.com

wojciech_fulekWojciech Fułek (rocznik 1957) sopocianin od zawsze i na zawsze, jak stąd wyjeżdża to nigdy na długo. Człowiek wielu zawodów i umiejętności, Przewodniczący Rady Miasta Sopotu, z zamiłowania – publicysta, dziennikarz, pisarz, poeta. Autor m.in. historii mola sopockiego, Opery Leśnej i wielu innych książek, tekstów piosenek, scenariuszy filmów dokumentalnych, sztuk teatralnych i słuchowisk oraz szczęśliwy trójki synów.
wojciechfulek@kochamsopot.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.