Class dismissed / Co się stało z naszą klasą?

14 Wrz

Class dismissed

Szczenięciem będąc zaczytywałem się w Edmundzie Niziurskim. Czytałem wszystko jak leci, a „Niewiarygodne Przygody Marka Piegusa” czytałem raz na miesiąc, w czym osiągnąłem taką wprawę, że zajmowało mi to dosłownie 2-3 godziny.

Ostatnio stwierdziłem, że nie mogę sobie przypomnieć o co chodziło dokładnie, jaka fabuła tam się snuła – coś tam mi się w głowie kołatało, ale tylko jakieś powidoki. Sięgnąłem więc po parę książek. Co prawda rozwiązałem wielką zagadkę, która od dawna mnie nurtowała (luźne skojarzenia z „Siódmym Wtajemniczeniem”, których nie mogłem do niczego przypisać), ale szału nie było. Okazało się wręcz, że z przygód Marka Piegusa nie pamiętam praktycznie nic. Jedyne co mi w głowie zostało to ogólne wrażenie.

No i tutaj pojawia się pytanie, na które ktoś mi ostatnio zwrócił uwagę: „czy sens jest przypominać sobie książki z dzieciństwa?” Czy sens jest oczerniać sobie marzenia?
Za cholerę nie wiem. Może coś mi te książki były w stanie powiedzieć o moim dzieciństwie, ale niewiele. Więcej o czasach, w których były pisane i o czasach, w których je czytałem.

Raczej byłem zawiedziony późniejszą (lata 90-te) formą Niziurskiego, który się trochę pogubił i lekko (ale tylko lekko) rozbawiony jego wcześniejszym stylem. Jednak książki to książki – żółkną, wysychają, starzeją się, no i zawartość też im się starzeje (chyba że aspirują do ponadczasowości). Czy tak samo z ludźmi jest?

Mam nadzieję, że niektórzy chociaż się zmieniają, że może sens jest wracać do starych znajomości z nadzieją, że coś tam jest nowego, innego. Doświadczenia nie mam takiego, żeby móc stwierdzić po 30 latach co się zmieniło, a co nie, ale, z tego co dane mi było zobaczyć, śmiem twierdzić, że ludzie też niezbyt podatni są na zmiany. Kiedy natknę się na kogoś z dawnych lat, to najczęściej te same tematy wracają, takie same rozmowy, te same znudzenia. Bardzo rzadko ktoś przechodzi rewolucyjną metamorfozę i z mierniaka staje się królem życia, albo z samej góry stacza się na dno.

Zazwyczaj wszystko jest dość przewidywalne i kto śmiał się wtedy, ten dalej się śmieje. No chyba że pręt zbrojeniowy przebił mu krtań, czy coś (ofiary wypadów budowlanych z góry przepraszam), to się nie śmieje.

Odrzucając zdarzenia losowe (choroba, pech, fortuna, spadek, itp., itd.), to chyba śmiało można przyjąć, że ludzie konsekwentnie idą w jednym, wyznaczonym zawczasu kierunku.

Najdzie nas ochota – można zadzwonić, spotkać się, powspominać, ale najczęściej się kończy jak z książką – wspomnienia całkiem fajne, ale po co mi to, przecież już to znam. Pożonglować sobie starymi przeżyciami można, ale trochę lepiej trzymać rękę na pulsie i patrzeć, co się wokół dzieje tu i teraz. Warto mieć więc wokół ludzi, którzy też trzymają rękę na pulsie, a nie się w historii nurzają.

Za lat 20 już pewnie bardziej sentymentalny się zrobię i bardziej skory do wracania w czasie. Jak na razie jednak spotkania szkolne raczej omijam, bo nie są w stanie zaoferować niczego nowego. Ot, coroczna powtórką z rozrywki. Been there, seen that, done that. A teraz (póki co), są ciekawsze rzeczy do roboty.

Co się stało z naszą klasą?

To pytanie, zadane przez Jacka Kaczmarskiego w jego, dość gorzkiej w wymowie, piosence, nigdy nie traci na aktualności. Losy moich przyjaciół ze szkolnej ławki są – jak patrzę na to dziś z perspektywy czasu – dość typowe dla pokolenia, które dorastało na przełomie lat 60-tych i 70-tych.

Emigracja pomarcowa, bezpowrotne zniknięcie z mojego życia kolegów z obco brzmiącymi nazwiskami (Wolf, Vorpahl), migracje zarobkowe za chlebem za ocean, wymuszony okolicznościami wybór wolności, bardziej lub mniej udane powroty, zawiłe losy osobiste.

Złamane i bohaterskie życiorysy, klęski i sukcesy, alkohol i narkotyki, które złamały kilka kręgosłupów.  Niewielu zostało mi znajomych z dawnych czasów, bo też niewielu z nich – z różnych powodów – związało swoje losy z miejscem swojego dzieciństwa. Ale smak tranu, serwowanego dużą łyżką w przedszkolu i zagryzanego kawałkiem świeżego chleba, posypanym grubą solą, pierwszy elementarz, ozdobny zeszycik z wierszowanymi wpisami „ku pamięci”, sukcesy sportowe, pierwsze bójki, pierwsza miłość i wspólne przygody – to wszystko zapada w człowieku na zawsze – na dobre i złe – jako pewne szkolne dziedzictwo.

Wydawało by się, że spadek lat dorosłych powinien być w każdym z nas znacznie trwalszy, niż ocalone strzępki szkolnych wspomnień, ale jednak to chyba doświadczenia wieku dorastania zostawiają w nas znacznie trwalsze ślady, niż np. okres studiów. Szkolne przyjaźnie niekoniecznie muszą przetrwać próbę czasu, ale „wspomnienia się nigdy nie starzeją”, jak ktoś kiedyś trafnie powiedział.

Czy nie stąd właśnie się bierze fenomen popularności klasowych spotkań po latach i niegdysiejsza popularność portalu „Nasz klasa”, którego funkcję przejął dziś Facebook?

Pamiętam jedno z takich rocznicowych spotkań szkolnych, na który udałem się – prawdę mówiąc – dość niechętnie i z zamiarem szybkiego zniknięcia. Skończyło się ono wspólnym śniadaniem dla najbardziej wytrwałych w sopockim SPATIFie, choć raczej na tym odświeżeniu wspomnień się skończyło.

Może tajemnicy tej fascynacji swoimi „cudownymi latami” należy zatem szukać nie tylko w tym powrocie do dość beztroskich i bezpiecznych (mimo wszystko) lat dzieciństwa i dorastania (każdy woli przecież być – choćby tylko we wspomnieniach – „pięknym i wiecznie młodym” ), ale również w pewnej bezinteresowności takich spotkań. W końcu ich głównym celem jest właśnie swoisty „przeszczep młodości”, a nie załatwienie jakiejś konkretnej sprawy.

Zastanawia też mnie zawsze przy tego typu okazjach nieprzewidywalność ludzkich losów, bowiem nawet najlepsze predyspozycje, wiedza, natura lidera czy kreatywność nie zapewniają automatycznie sukcesu – życiowego czy biznesowego. Jak wiele osób, które na początku swojej drogi wydawały się być wręcz skazane na sukces, pogubiło się gdzieś na krętej drodze i jak wiele innych, skazanych na szary żywot przeciętniaka, nagle okazywali się doskonałymi liderami i klasycznymi self mad manami, którzy drogę do sukcesu mieli znacznie bardziej wyboistą, ale wszystkie przeszkody pokonali bez większych problemów.

Gdzie tkwi klucz do sukcesu, nawet tego pisanego małą literą – szczęścia rodzinnego i satysfakcji z życiowych osiągnięć? Czy tylko w naszych głowach i jaki w tym udział szkolna edukacja i między ludzkie relacje, których wtedy się uczymy?

Zatem czy warto wracać do szkolnych sentymentów i wspomnień? I po co? A może to po prostu forma zbiorowej psychoterapii, niezbędnej dla odnalezienia w sobie odpowiedniego dystansu i refleksji, których brakuje w codziennym pośpiechu?

tadeusz_fulekTadeusz Fułek (rocznik 1986) absolwent kulturoznawstwa na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, z pochodzenia sopocianin, mieszka w Warszawie, pracuje w agencji reklamowej „Grey”. Swoje teksty drukował m.in. w „Machinie” i „Wysokich obcasach” oraz na portalach internetowych. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. tadeusz.fulek@gmail.com

wojciech_fulekWojciech Fułek (rocznik 1957) sopocianin od zawsze i na zawsze, jak stąd wyjeżdża to nigdy na długo. Człowiek wielu zawodów i umiejętności, Przewodniczący Rady Miasta Sopotu, z zamiłowania – publicysta, dziennikarz, pisarz, poeta. Autor m.in. historii mola sopockiego, Opery Leśnej i wielu innych książek, tekstów piosenek, scenariuszy filmów dokumentalnych, sztuk teatralnych i słuchowisk oraz szczęśliwy trójki synów.
wojciechfulek@kochamsopot.pl

3 Replies to “Class dismissed / Co się stało z naszą klasą?

  1. Ja w starej klasie nie szukam wzbudzeń ani niczego nie oczekuję poza fajnymi wspomnieniami. Nowego szukam gdzie indziej. W klasie – „starego” co już nigdy nie wróci i temu jest fajne!

  2. Współczuje Tadeuszowi, ze nudzi go przeszłość. Miałeś stary beznadziejną klasę. A to działa do dziś. Pewnie wtedy było juz fatalnie, lub udawaliście. teraz już nie musicie po prostu. szkoda. Zmarnowaliście najlepsze lata. Bardziej rozumie to Twój Ojciec. Spotkania z moją klasą po latach to prawdziwe święto.

  3. Warto i trzeba wracać do wspomnień. Obojętne co nami kieruje : czy sentymenty, czy wrażliwość, czy zagubienie w obecnym życiu. Przecież wszystko wtedy się kształtowało. I będę się upierała: przyjaznie z tamtych lat są najpiękniejsze. Dlaczego? Bo wynikały z serca, a nie z koniunktury, potrzeby, wyrachowania. Dorosłość – to już kalkulacja. Co warto, czego nie. Dlatego tęsknię za tą świeżością, której teraz nijak znależć nie mogę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.