Bo języki trzeba znać

29 Lip

Naród chce się uczyć języków obcych. To świetnie, to dobrze o nas świadczy. Ale to też świetnie, ponieważ tacy ludzie jak ja, mogli (mogą) nieźle na tym zarobić. Tak, oczywiście chodzi o udzielanie korepetycji.

Uczniowie nie mogą narzekać na brak wyboru spośród nauczycieli: poza studentami, którzy mają swoje największe przedstawicielstwo na portalach ogłoszeniowych, są również absolwenci różnych filologii, nauczyciele i wykładowcy uniwersyteccy. Niestety, tak duży wybór nie znaczy, że zawsze trafimy na kogoś odpowiedniego.

Sama przez ponad 6 lat udzielałam korepetycji z angielskiego i często dziwiłam się, jak szczegółowo ludzie wypytują mnie o moje kompetencje i doświadczenie. Wychodziłam z założenia, że gdybym nie znała języka wystarczająco dobrze, to nie podjęłabym się jego nauki. Wszystko zmieniło się, kiedy postanowiłam wziąć kilka prywatnych lekcji włoskiego.

Na początku trochę zdziwiło mnie, że dziewczyna pisała, że skończyła italianistykę na UG – według moich informacji na uniwerku jest tylko filologia romańska, ale stwierdziłam, że w ten sposób było prościej jej napisać. Okazało się jednak, że skończyła całkiem inny kierunek, na którym po prostu dwa razy w tygodniu miała zajęcia z włoskiego. Żeby było zabawniej, był to ten sam kierunek, na którym sama studiowałam, a co więcej – włoski znałam lepiej od niej. Po poprawieniu jej kilka razy w połowie lekcji podziękowałam.

Mojej (chwilowej) nauczycielce niemieckiego nie można było zarzucić braku wiedzy, za to lubiła bez uprzedzenia wpadać pół godziny spóźniona albo – co gorsza – pół godziny za wcześnie. Zrezygnowałam po trzeciej lekcji, kiedy byłam zmuszona otworzyć jej w szlafroku i ze świeżo pomalowanymi paznokciami. Po tych przygodach zdecydowałam, że powinnam podnieść cenę moich lekcji.

1129742_74408437

Udzielanie prywatnych lekcji byłoby bardzo przyjemnym zajęciem, gdyby nie to, że uczniowie kompletnie nie chcą się uczyć. I zrozumiałabym to jeszcze w przypadku dzieci, które do nadprogramowych zajęć są zmuszane przez rodziców, ale podobnie zachowują się dorośli.

W narodzie panuje dziwne przekonanie, że do nauki języka angielskiego wystarczy, że będzie się w obcym języku rozmawiać. Kiedy jednak pytam uczniów w jaki sposób chcą to robić, skoro nie dość, że nie znają podstaw gramatyki, to nie znają też nawet podstawowych słów, za pomocą których mogli by się komunikować, nie potrafią odpowiedzieć. Mimo tego większość dalej liczy na to, że za pomocą korepetycji wiedza w magiczny sposób trafi do ich głowy bez najmniejszego wysiłku z ich strony.

Oczywiście zdarzają się wyjątki. Kiedyś odwiedzała mnie dziewczyna, która w przeciągu kilku miesięcy musiała nauczyć się angielskiego co najmniej w stopniu komunikatywnym, ponieważ planowała wyjazd na stałe do UK. Nigdy wcześniej ani później nie miałam tak pracowitego ucznia. Nie znaczy to jednak, że jej też nie zdarzały się wpadki. Kiedy zapytała mnie jak po angielsku jest
„weekend” w pierwszej chwili myślałam, że żartuje. Zaczęłyśmy więc drążyć temat: jak jest tydzień po angielsku? „Week”. OK., a jak jest koniec? „end”. No to, weekend to? – zawiesiłam głos. Tutaj na twarzy mojej uczennicy pojawił się przebłysk:”Aha! Czyli oni po prostu mówią end of the week?!”

Czasem pytania mocno wychodzą poza aspekt językowy. Jeden z moich uczniów, dziecko w wieku szkolnym, załamane pod koniec lekcji zapytało się mnie zupełnie serio: „Dlaczego Bóg po prostu nie mógł stworzyć jednego języka?”. Zastanawiając się prędko, czy tłumaczyć czym jest ateizm czy streścić krótko historię rozwoju języków grupy indo-europejskiej tym razem sama doznałam olśnienia i przypomniałam mu przypowieść o wieży Babel. Zrozumiałam wtedy, że w Biblii rzeczywiście są wszystkie odpowiedzi.

One Reply to “Bo języki trzeba znać”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.