Kanapowi wojownicy

10 Sty
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Print this page

Media społecznościowe dostarczyły narzędzia, przy pomocy których możemy bez wychodzenia z domu, zaangażować się w przeróżne społeczne akcje. Jeszcze nidgy bycie aktywistą, który dzielnie walczy o dobro świata nie było tak proste i wygodne! Klikamy „Lubię to!“ wysyłając sygnał, że poparliśmy ważny cel. Ale czy można zbawić świat klikając myszką?

Przyłączamy się do grup na Facebooku, umieszczamy znaczki obok zdjęcia profilowego, udostępniamy posty, „lubimy“ i komentujemy na potęgę – przejajów cyber-aktywności jest wiele. Wszystkie, oczywiście, w słusznej sprawie. Chcemy ograniczenia emisji dwutlenku węgla, uratowania lokalnego sklepu, ograniczenia spożywania zagrożonych gatunków ryb, wsparcia kampanii antyaborcyjnej i dokarmienia zwierząt w schroniskach. Klikamy „Lubię to!“ wysyłając, obserwującym nasz profil, wyraźny sygnał, że oto przyczyniliśmy się do tego, że planeta, na której żyjemy będzie lepszym miejscem i nasze sumienie staje się czystsze. Jednocześnie jest to sprytny zabieg poprawy wizerunku (bez wychylania głowy zza monitora!): Spójrz! Jestem aktywnym obywatelem.

Slaktywizm (z ang. slacker = leń, wałkoń +activism = aktywność) oznacza formę aktywności społecznej i obywatelskiej ograniczającą się jedynie do wirtualnego świata. Według Jamesa Harkina, autora książki „Trendologia“ termin określający kanapowych wojowników powstał już w 1995 roku, ale dopiero w roku 2002 zyskał obecne znaczenie. Badaniem zjawiska slaktywizmu zajęła się też trójmiejska bloggerka – Natalia Hatalska, która wprowadziła pojęcie „generacji L“, którą cechuje:

• Lazy – lenistwo;

• Leads – przesunięcie preferencji w stronę krótkich newsów;

• Like – klikanie w przycisk “Lubię to”;

• Link – redystrybucja treści zamiast jej tworzenia;

• Life stream – zdawanie relacji ze swojego życia 24/7;

• Local – korzystanie z serwisów geolokalizacyjnych

Opinie na temat internetowego aktywizmu są niezwykle podzielone, bo choć mogłoby się wydawać, że działalność cyber-aktywistów jest nieszkodliwa, trafiając w sedno sprawy, ThinkTankmagazine.pl pisze: „Cały problem ze slaktywizmem, który ostatecznie jest przecież lekkim, łatwym i przyjemnym sposobem uprawiania polityki, polega na tym, że jego metody sprowadzają się w gruncie rzeczy do nierobienia niczego.”.

Realne zagrożenie wynikające z tego zjawiska widziałabym raczej w braku umiaru i stwarzaniu sobie samemu iluzji rzeczywistości. Jeśli zadowolimy się statusem internetowego aktywisty i utożsamimy „Lubię to!” z „Robię to.” przestaniemy być czujni wobec realnych zagrożeń. Co z tego, że walczę o amazońską puszczę, skoro nie segreguję śmieci we własnym domu? Kolejne zagrożenie płynie z braku świadomości ludzi popierających daną akcję. Jaką mamy pewność, że pod podpisem na wirtualnej petycji kryje się rzeczywista chęć zmiany poparta wiedzą lub innymi racjonalnymi pobudkami?

Facebook-like-main-98435a

Z kolei optymiści widzą w slaktywizmie kilka pozytywnych zjawisk. Zakładają, że na sto osób, które zdecydowały się kliknąć „Lubię to!” pod profilem danej akcji, na pewno znajdzie się ktoś, kto świadomie dołączy do aktywnego działania na jej rzecz. Dodatkowo, bierne klikania jest świetnym nośnikiem reklamowym i informacyjnym.

Uważałabym jednak z przypinaniem metek i upchnięciem tego ogromnego zjawiska w którąkolwiek z szufladek. W gruncie rzeczy to, czy slaktywizm pozostanie jedynie fałszywą aktywnością czy przyczyni się do stworzenia sposobu pomagania na miarę naszych czasów, zależy tylko od nas. W końcu… czy wizja możliwości zmiany świata za pomocą jednego, magicznego kliknięcia nie wydaje się być bardzo kusząca?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.